kryzys w małżeństwie brak miłości
W wielu relacjach jednak nadchodzą momenty, że partnerom trudno jest ze sobą wytrzymać. Wskazać to mogą błahe codzienne czynności, które z pozoru mało oczywiste, ostatecznie świadczą o niepowodzeniu relacji. Jeżeli w związku pojawiają się tego typu rzeczy, być może lepiej porządnie się nad nim zastanowić. Brak życzliwości
Nawet w młodym wieku kobieta Byk wygląda na nieco starszą niż jej lata. Jest dojrzałą osobą, która powstaje bardzo wcześnie. Mężczyzna jest namiętny, zabawny i pomysłowy, co powoduje ciągłe zainteresowanie dziewcząt. Baran i Byk w seksie rozwiązują wszystkie swoje problemy interpersonalne w łatwy i prosty sposób.
W końcu ludzie w związku są różni, mają inne doświadczenia, trudno oczekiwać, że będą za każdym razem tak samo myśleć? Jolanta Ryniak, specjalista psychologii klinicznej: Przekazy z domu rodzinnego kształtują to, w jaki sposób podchodzimy do pełnienia ról życiowych w dorosłych życiu, jakimi wartościami się kierujemy, co
Miłość i odpowiedzialność – studium etyczne miłości i małżeństwa autorstwa ks. bp. Karola Wojtyły. Pierwsze wydanie zostało przygotowane staraniem Towarzystwa Naukowego KUL w Lublinie w 1960 roku. Następnie książkę wielokrotnie wydawano w Polsce, jak również w innych krajach, między innymi w USA, Niemczech, we Włoszech, w
Kobiety z reguly lepiej znosza brak seksu, jesli w poblizu nie maja "obiektu" wywolujacego ich zainteresowanie. Krotko - odwieszenie seksu na przyslowiowy kolek do czasu pojawienia sie kolejnego partnera jest dla kobiet wedlug wielu relacji, z ktorymi sie spotkalem, stosunkowo latwe, szczegolnie gdy nie ma na oku nikogo szczegolnego.
nonton film blue is the warmest color i follow rivers. Kiedy w małżeństwie wszystko jest ok, mamy lepszy czas, łatwo jest wtedy mówić „kocham”, łatwo się przytulić i łatwo głosić wszem i wobec, że „małżeństwo jest boskie”! Kiedy jednak słońce znika za chmurami to, co jeszcze wczoraj było takie proste staje się najtrudniejszą sztuką na świecie… Miłość Ci wszystko wybaczyTak śpiewała Hanka Ordonówna. Tekst łatwo wpada w ucho, ale czy łatwo go realizować? Mówiąc o wybaczaniu w małżeństwie nie mam na myśli tylko tych „spektakularnych” sytuacji, jak zdrada czy kłamstwo, ale także te codzienne, równie trudne wybory w każdego dnia mamy się za co przepraszać i mamy sobie coś do przebaczenia. Chociaż często trudno przeskoczyć siebie, to przebaczanie zawsze przynosi uzdrowienie i oczyszczenie w relacji – choćby był okres, że trzeba by to robić codziennie, a chyba każde małżeństwo, które jest razem kilka lat może śmiało powiedzieć, że takie dni się zdarzają…Oczekiwania kontra rzeczywistośćPamiętam, kiedy wchodziłam w małżeństwo, mając z tyłu głowy różne złote rady i „sekrety” małżeńskie byłam pełna przekonania, że wszystko można pokonać. Są jednak takie dni i takie sytuacje, że tego przekonania czasem biorą górę i wszystkie wielkie postanowienia z okresu narzeczeństwa widać jakby przez mgłę. Ale widać. Przebijają się i trzeba tylko wytężyć dobrze wzrok, żeby nie zniknęły za horyzontem pretensji, kłótni czy co gorsza – nieprzebaczenia. To ostatnie może skutecznie zniszczyć każdą, nawet najlepszą męczy się przebaczaniemPapież Franciszek powiedział kiedyś, że Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem. Ile razy my – małżonkowie, jesteśmy tym zmęczeni? Chyba każdy wie najlepiej. To zdanie jednak jest niezwykle pocieszające – że jest Ktoś, kto NIGDY nie męczy się przebaczaniem i to właśnie z tego źródła czerpię siły, żeby mówić o tym, że Małżeństwo jest wtedy, kiedy w moim małżeństwie jest seria kłótni czy trudniejszy czas. Dzięki Niemu, relacji z Nim i dzięki doświadczeniu, że On faktycznie nie męczy się przebaczaniem, mogę nie tylko mówić, ale także myśleć w ten sposób, że małżeństwo jest Boskie nie „dlatego, że”, ale „pomimo, że…”.Nie dopuszczajmy do zachodu słońca„Niech nad Waszym gniewem nie zachodzi słońce” Ef 4, 26Jest to jedna z wielu wskazówek, jakie dostaliśmy z Maciejem jeszcze w narzeczeństwie i już wtedy staraliśmy się tego bardzo pilnować – żeby nie chodzić spać niepojednani. Choć nie mieszkaliśmy razem przed ślubem, zdarzało się, że po jakiejś kłótni Maciej jechał do domu i w środku nocy przyjeżdżał z powrotem, żeby się pojednać i znowu wracał do praktyka jest bardzo ważna. Do dziś staramy się tego pilnować, bo w tych słowach kryje się ogromna idziemy spać pojednani, budzimy się pojednani. Wiadomo, że są sytuacje, do których trzeba wrócić na spokojnie, wyspani jeszcze kolejnego dnia, ale to pojednanie jest bardzo ważne – ono już uzdrawia i daje grunt pod ewentualną rozmowę na temat, który nas poróżnił. Wtedy o wiele łatwiej znaleźć kompromis i jak nam się często zdarza – za jakiś czas nie pamiętać już, o co było „tyle krzyku”.Ignacy radzi…„Działaj tak, jakby wszystko zależało od Ciebie, a módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga”. Piękne, uniwersalne, ponadczasowe!Przebaczenie to akt woli, ale też łaska, którą można wyprosić. Warto o tym pamiętać, kiedy znowu przyjdzie trudniejszy czas i kiedy trudno będzie plus modlitwa = CUDowny finał. Takich finałów na drodze małżeńskiej wszystkim i sobie życzymy!Czytaj także:„Razem ciężko żyć, osobno źle”. Piosenka Urszuli o odzyskiwaniu zagubionej miłościCzytaj także:Kręgosłup nie jest gorsetem. O życiu zasadami lub możliwościamiCzytaj także:Brak przebaczenia to Twój cichy zabójca. Jak go pokonać?
Pogłębiający się z roku na rok kryzys współżycia pomiędzy mężczyzną a kobietą jest niewątpliwie także powodem ogromu moralnych cierpień obojga, jak również wynikających stąd rozmaitych chorób i cierpień fizycznych – jeśli nie brać w ogóle pod uwagę cienia rzucanego przez ten stan na losy przyszłych pokoleń. Każda też nauka, czy nawet koncepcja, dająca jakieś nowe naświetlenie tego zawiłego problemu, może spełnić rolę czynnika choć w części uzdrawiającego tę jątrzącą społeczną ranę. Tajemnica płci nie została dotąd przez naukę zgłębiona, ani też w sposób nie pozostawiający wątpliwości wyjaśniona. Pojęcie płci i wynikających z niej stosunków pomiędzy mężczyzną i kobietą – jest wiecznie odmiennym i zawsze tym samym problemem, obejmującym bez wyjątku wszystkie ludzkie istoty, niby jakaś złota a jednocześnie usłana cierniami i raniąca sieć, z której nie ma, zdawało by się, żadnego wyjścia. Bez względu na to, jak dalece nie zajmowałyby ludzi inne zagadnienia życia i jak nie byliby czynni w różnych jego dziedzinach, to jednak skrycie zawsze i wszędzie pochłania ich przede wszystkim miłość i płeć. Już sama przyroda pociąga ludzi w tym kierunku, w celu wypełnienia swego ewolucyjnego zadania. Teraźniejszym bezpośrednim jej celem jest, oczywiście, przedłużenie rasy ludzkiej drogą wychowania coraz to nowych pokoleń, natomiast dalszy, ukryty cel owego pociągania do wzajemnego współżycia ze sobą obu płci – z naukowego punktu widzenia – może znaleźć wytłumaczenie tylko w jeszcze wyższej ewolucji człowieka i ludzkości. Jeśli bowiem człowiek jest istotnie czymś więcej niż zwierzęciem, to niewątpliwie musi on też mieć przed sobą zgoła inną od zwierząt przyszłość. Biorąc nawet dla przykładu darwinowską tezę, że człowiek jest wynikiem historycznego rozwoju przyrody, która – poprzez trzy niższe państwa -doprowadziła swoją ewolucję do poziomu człowieka, słusznym wydaje się mniemanie, iż – pobudzana tym samym prawem – przyroda nie chce zatrzymywać swego postępu na obecnym jego stadium rozwoju, lecz przewiduje lub nieuchronnie dąży do wykształcenia innej, jeszcze doskonalszej formy życia, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. A więc, w myśl tej samej dialektycznej logiki, wykluczającej w dziele ewolucji udział jakiejkolwiek wyższej inteligencji czy niewiadomej rozumnej siły, ów historyczny rozwój przyrody powinien odbywać się niezmiennym postępowym ruchem wciąż wzwyż, wykształcając coraz doskonalsze formy i gradacje życia. Gdyż trudno było by dopuścić możliwość wstecznego działania owego prawa – np. z powrotem do punktu wyjścia… Najżywotniejszą tedy sprawą, jaką ma do rozwiązania współczesna ludzkość, jest sprawa płci. Niekiedy nawet wielkie umysły padają ofiarą nie zharmonizowanych w sobie energii płciowych i prowadzą się do zguby. Nie sięgając nawet do statystyk sądowych, z samej tylko prasy codziennej możemy ocenić rozmiary zachodzących w instytucji małżeństwa i rodzin poważnych, a jednocześnie bardzo niebezpiecznych przemian. Wskutek zmienności i niestałości charakterów obojga płci związki małżeńskie stają się coraz bardziej krótkotrwałe, a rozłamy i rozwody nabierają już niemal masowego charakteru. Częste, nagle wybuchające rozdźwięki i rozejścia dowodzą jak gdyby jakiegoś wyjałowienia czy wyżycia łączących dotychczas małżeństwa uczuć. Stan ten budzi też wśród młodzieży coraz większą niechęć do zakładania rodzin w obawie podobnego ich losu, lecz z kolei prowadzi znów do szerszego i bardziej jawnego praktykowania tzw. wolnej miłości, a więc – jeszcze większego społecznego zła. Na skutek wcześniejszego rozwoju umysłowego i uświadomienia płciowego u dzieci, sprawy miłosne u młodzieży i w małżeństwie nie stanowią już najważniejszego, jak dawniej, zagadnienia. Płeć jest traktowana przeważnie jako środek zaspokojenia potrzeb zmysłowych, a nie jako towarzysz czy towarzyszka dozgonnego życia i uzupełniania się małżonków w potrzebach i obowiązkach życiowych.{mospagebreak} Biorąc pod uwagę, że przez odchylenie się od praw przyrody i jak gdyby wynaturzenie życia człowiek współczesny stał się o wiele słabszy i delikatniejszy niż w ubiegłych czasach, to należało by przyjąć, że i potrzeby płciowe są u niego bardziej ograniczone, a nadużywanie ich łatwo sprowadza różne choroby, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Ta nietrwałość małżeństw coraz widoczniej zagraża instytucji rodziny, pogłębiając i zaostrzając w zatrważającym tempie i rozmiarach zarysowany już po pierwszej wojnie światowej kryzys życia rodzinnego. Stan ten wyłania z kolei poważne zagadnienia wychowania dzieci, pozostawianych bez opieki przez rozwijające się stadła małżeńskie. I jeśli nie zostanie powstrzymana fala rozwodowa lub przynajmniej złagodzone jej skutki droga uzupełniania prawa małżeńskiego odpowiednimi rygorami dla obu małżonków, zabezpieczającymi trwałość każdego zawieranego małżeństwa, to należy oczekiwać, że dalszy, nie pohamowany niczem bieg wypadków, nieuchronnie będzie musiał postawić przed państwem problem stworzenia nowej społecznej instytucji w celu zbiorowego wychowywania opuszczonych przez rodziców dzieci. Jednocześnie nietrudno przewidzieć, że taki sposób wychowywania wytworzy oczywiście nowy typ człowieka, być może bardziej przystosowanego do życia kooperatywnego, lecz pojęcie rodziny w dzisiejszym znaczeniu utraci całkowicie swój dotychczasowy charakter, a nawet przestanie istnieć. Wskutek ciągłego podniecania w sposób sztuczny energii seksualnych i zbyt intensywnego wyżywania się we współżyciu płci, człowiek współczesny zakłócił rytm przyrody, czym wytworzył nienaturalne stany i warunki, nie spotykane nigdzie w świecie zwierząt, gdzie nie istnieje problem seksualny. W miarę postępu cywilizacji i kultury zagadnienie to staje się coraz bardziej palące i ważne. Tak często spotykane dziś nienormalne stany psychiczne, powodowane przez strach, gniew, zazdrość i inne ujemne uczucia, przy jednoczesnym nieustannym zwiększaniu pokus i przynęt erotycznych za pomocą mody, książek i prasy romantycznej, obrazów kinowych i sztuk teatralnych, wreszcie alkoholu, wyszukanego i obfitego jedzenia itp. – wszystko to sprzyja przerostowi zmysłowości, podniecenia i skłania do różnych nienaturalnych praktyk, pociągających za sobą nieuchronny wstyd, lęk, obłudę, zawiść, zazdrość, nierzadko dzieciobójstwo, niechęć do życia itp., które z kolei szarpią osobowość człowieka i wywołują w nim różne sprzeczne, a zawsze szkodliwe uczucia. W przeciwieństwie do zwierząt człowiek dzisiejszy nie uznaje okresów wstrzemięźliwości seksualnej – za wyjątkiem tych, do których zmusza go po prostu brak sposobności. Nadmiar seksualnej energii, która – jak wskazuje na to jego zewnętrzna i wewnętrzna /psychiczna/ struktura – miała mu służyć raczej do własnej wyższej ewolucji, jest dziś zużywany niemal wyłącznie na chwilowe rozkosze . A ponieważ ciąża i ewentualne potomstwo przeszkadzają w zaspokajaniu jego wiecznie podnieconej żądzy, człowiek wymyślił różne chemiczne i mechaniczne środki zapobiegające zapłodnieniu, czyniąc w ten sposób z małżeństwa czy z tzw. wolnej miłości rodzaj usankcjonowanej prawem prostytucji. Albowiem opanowanie siebie nie zalicza do środków zapobiegających ciąży. Zdawało by się, że małżeństwo powinno by właśnie uniemożliwić rozwiązłość i rozpustę, a sprzyjać uszlachetnieniu czysto fizycznych instynktów, sprowadzając je niejako do przetworzenia namiętności ciała w namiętność duszy. Bo prawdziwa i głęboka miłość może właśnie tego dokonać. Ofiarami zaś ślepej żądzy bywają zazwyczaj ci, którzy nie kochają naprawdę, a jedynie ulegają popędom seksualnym. Żądza pociąga zawsze za sobą rozczarowania, wyrzuty, żale i gorycze, podczas gdy prawdziwa miłość może być twórczym hamulcem rozwiązłości seksualnej. Niejednemu może się to wydawać sofistyką, zawodnym i pozbawionym podstaw paradoksem, lecz każdy kto sam przeżył taką prawdziwą miłość i zna jej oczyszczającą moc, przyzna, iż jest to prawda.{mospagebreak} Rozpowszechnione dziś tak lekkie traktowanie płci, a nawet skłonność do upatrywania w niej jakiegoś komizmu i lekceważącego igrania nią, takiemu wewnętrznemu przetworzeniu oczywiście nie sprzyjają. Dla człowieka natomiast normalnego i pod tym względem zrównoważonego nie ma w energii płci nic godnego śmiechu i kpin. Rozumie on aż nazbyt dobrze nieuniknioność i niejako losowość wszystkiego co z nią związane. Największą i najcięższą próbą dla człowieka – mającego za jedyny cel swej egzystencji zdążanie ku doskonałości – jest zwycięstwo nad ciałem i jego przyrodzonymi prawami. A oznacza ono wzniesienie się ponad tzw. grzech lub niezrównoważone energie, czyli wzniesienie w duchowość poprzez zrozumienie prawa równowagi w swym życiu i rozwoju. Na nieszczęście – rozwijamy się dziś i rozszerzamy nasze życie przeważnie ku zewnątrz, co zwiększa przepaść pomiędzy naszym działaniem a wartościami wewnętrznymi. Rozwój nasz odbywa się tylko jakby na płaszczyźnie tylko pierwszoplanowego umysłu, natomiast z tym, który leży w głębi naszej ludzkiej istoty, straciliśmy kontakt, zapominając również o niewyczerpanej krynicy mądrości jaką jest serce. Rozwijamy w sobie różne umiejętności kosztem dobroci i współczucia. Zdobywamy wiele rozmaitych wiadomości, ale nie jesteśmy prawdziwie wykształceni, gdyż utraciliśmy zdolność miłości. Całą wiedzę czerpiemy dziś, inaczej mówiąc ze studni gorzkich wód, jaką przedstawia ze swymi pojęciami współczesna umysłowość, a pomijamy dobroczynny i twórczy wpływ miłości. Z punktu widzenia poznanych przez naukę praw przyrody, we wszechświecie istnieją przejawione tylko dwie podstawowe rzeczy: materia i energia. Otóż można by powiedzieć, że miłość jest właśnie jedną z postaci tej energii, która przetwarza i formuje materię, a więc jest czynnikiem łączącym i kształtującym. Wszystkie zaś cząstki wszechświata biorą udział w tym nieustannie dokonującym się procesie tworzenia – podobnie jak ciało nasze jest polem nieświadomych, a nieprzerwanie zachodzących w nim chemicznych procesów – akcji i reakcji. Cóż jest warte wykształcenie, które daje wiedzę o wielu rzeczach, niekiedy mało lub w ogóle nieistotnych, a pomija naukę o stosowaniu tej najważniejszej energii, będącej źródłem uzasadnienia życia człowieka oraz przyczyną wszystkiego co istnieje? Pewien filozof szwedzki powiedział, że człowiek wie, że zjawisko miłości istnieje, lecz w ogóle nie wie, czym miłość jest. A dzieje się tak zapewne dlatego, że miłość jest właśnie środowiskiem, atmosferą, niejako żywiołem, w którym – choć sam nie uświadamia sobie tego – człowiek jest stale pogrążony, w nim trwa, oddycha i żyje – podobnie jak ptak w powietrzu lub jak ryba w wodzie. W czasach Franklina wiedza o zjawiskach elektrycznych ograniczała się, jak wiadomo, do pioruna i tarcia powierzchni. Dziś już powszechnie wiadomo, że elektryczność tai się u podstaw wszelkich zjawisk, a w przyszłości, być może, oczekują nas dalsze odkrycia, które dowiodą, iż to właśnie miłość – aczkolwiek przez większość ludzi nieledwie brana pod uwagę – jest w zasadzie, w takiej czy innej formie, ową poruszającą wszystko energią, zarówno w przyrodzie, jak i we wszelkich postaciach ludzkiego współżycia. Filozofia wschodnia utożsamia energię miłości z życiem: miłość to życie – albowiem wszystko, co powstaje do życia, jest wynikiem działania energii miłości, mającej swoje źródło w Bogu. Nie starajmy się więc nigdy omijać jej lub stronić od niej. Przeciwnie: wychowujmy się w miłości i pozwólmy by ona sama kształtowała nas. Starajmy się zrozumieć, iż miłość jest dla nas zawsze wielką, podstawową nauką, a nie przypadkiem. Mówiąc Bądźcie doskonali, Chrystus wskazywał jednocześnie swoim uczniom, jak można stać się doskonałym w przykazani: To przykazuje wam, abyście się społecznie miłowali.{mospagebreak} Energia płci jest nazbyt wyraźnie przejawiona w całej przyrodzie. Połączenia harmonijne wzajemnie odpowiadających sobie czynników stanowią prawo rozwoju i warunkują prawidłową ewolucję. Prawo to wymaga jednak, by łączenie energii płci odbywało się tylko wówczas, kiedy z właściwych dziedzin bytu spłynie ów przemożny i nieomylny zew, wyrażony w miłości. Stąd też winniśmy starać się o wiele głębiej wnikać i rozumieć samą istotę miłości jako energii twórczej, a wówczas łatwo przekonamy się, że żądza jest prawdziwym Judaszem dla Chrystusa w naszych sercach; jest ona jak gdyby pozostałością wspólności naszej z królestwem zwierząt, a tak zakorzenionej i rozwiniętej przez sztuczne podniety, iż przysłania nam prawdziwą funkcję i zadania płci, która ma nas uszlachetniać i wznosić, a nie poniżać. Nauczmy się rozróżniać żądzę, której chodzi zawsze o własne zadowolenie, od prawdziwej i bezinteresownej miłości, w naturze której leży rozszerzanie się wciąż na cały świat i całe stworzenie. I choć może się nam wydawać, że miłość nasza nie znajduje upragnionego przez naszą osobowość oddźwięku, to jednak jest ona zawsze podobna do promieniowania radu – po prostu przenika niewidzialnie na wskroś i z pewnością nigdy nie chybia w niezbadanych celach. W samej istocie miłości leży też tajemnica uzdrawiania, a w wiedzy miłości tai się wiedza tworzenia. Prawdziwa miłość wprowadzona w czyn zawiera w sobie naukę wzajemnego obcowania i braterskiego współżycia ludzi. Nabożność staje się dziś już przeżytkiem. Bóg nie chce widzieć ludzi co rano i wieczór na kolanach, a w międzyczasie postępujących jak bydlęta. Zapewne Bogu milszy jest człowiek stojący z głową podniesioną i rękami wzniesionymi ku światłu, patrzący badawczo i rozumiejący wszystko widziane. Bóg chciałby widzieć wśród ludzi miłość powszechną, nie dlatego, że jest to cnotą religijną lub uczuciową, lecz po prostu dlatego, że jest to prostym, życiowym, naukowym i stwórczym prawem. Powinniśmy i musimy rozszerzać ciągle swoją świadomość, lecz należy baczyć, by cała istota nasza wzrastała niejako równomiernie, jak gdyby we wszystkich kierunkach jednocześnie. Wewnętrzne i zewnętrzne czynniki powinny się wzajemnie równoważyć, pozostając w odpowiednim do siebie stosunku. Wymaga to oczywiście pewnego wyrobienia charakteru, pewnej moralnej dyscypliny, by zdobyć tym większą wewnętrzną zwartość naszej istoty. A od tego właśnie odeszliśmy na korzyść rozrostu indywidualności i świadomości siebie jako osobowości cielesnej. Istota nasza jest tak złożona i delikatna, tak wąska i niebezpieczna jest linia graniczna pomiędzy rozwojem a rozstrojem, wzlotem i upadkiem, tworzeniem a niszczeniem, iż ta wewnętrzna równowaga jest o każdym czasie i w każdej sytuacji nieskończenie ważna. Lecz chcąc siebie naprawdę poznać trzeba więcej uwagi poświęcać własnym wadom, błędom i przywarom, aniżeli słabostkom innych ludzi, bowiem zmienić i naprawić możemy tylko siebie. Miłość romantyczna wedle dawnych pojęć należy już dziś do przeszłości. Swoboda, szczerość i ogólnie przyjęta trzeźwość w stosunkach pomiędzy młodzieżą obojga płci, byłaby niewątpliwie także zjawiskiem dodatnim, gdyby istniało przy tym właściwe pojmowanie wśród młodzieży możliwości dawanych i odpowiedzialności wobec niewzruszonych praw przyrody nakładanych na obie strony przez ten słodki, a jednocześnie najniebezpieczniejszy ze wszystkich międzyludzkich stosunków. Na ogół kobieta jest podatniejsza od mężczyzny i łatwiej ulega różnym ujemnym rodzajom psychizmu ze względu na większy stopień przyrodzonej wrażliwości i roztargnienia. Lecz z drugiej strony, poddaje się ona żądzy stosunkowo o wiele rzadziej i pożądanie staje się dla niej pokusą dopiero wówczas, gdy mężczyzna obudzi i rozpali jej zmysły, które jednak są słabsze i mniej agresywne, ponieważ gruczoły rozrodcze u kobiety nie są tak silnie naładowane, jak u mężczyzny. Stąd też kobieta może łatwiej znieść zarówno brak, jak i nadmiar życia płciowego. A nierzadko, mimo ostrzegawczego głosu jej instynktu, bywa ona po prostu zniewolona do współżycia z mężczyzną. Poddanie się jej mężczyźnie zależy też w dużej mierze od umiejętności reagowania na jego natarczywe prośby i nalegania, i niechęci do powiedzenia nie.{mospagebreak} Nie ulega wątpliwości, że to właśnie mężczyzna złamał podstawowe prawo rytmu, rządzące wszystkimi zjawiskami przyrody, której sam jest cząstką. Wyłamywanie się swym postępowaniem spod prawa periodyczności jest też przyczyną wielu trudności, kryjących się w używaniu i nadużywaniu instynktu płci. Zamiast poddać się cyklicznemu prawu w przejawianiu swego płciowego impulsu, a więc żyć według ustalonego przez przyrodę wyraźnego rytmu, mężczyzna dawno odrzucił to prawo i wciąż mu w swym życiu zaprzecza, uznając tylko – i to nie zawsze i nie całkowicie – krótkie rytmiczne okresy, jakie przechodzi kobieta. Nie podlegając sam żadnym takim cyklom ograniczającym jego żądze, mężczyzna w ogóle nierzadko nie szanuje i łamie nawet to prawo, któremu podlega ciało kobiety. A rytm ten, właściwie rozumiany, powinien by rządzić obojgiem i ograniczać również impulsy płciowe mężczyzny. I otóż w tym leży źródło panowania nad instynktem płci. Brak poszanowania podstawowych praw przyrody i naruszenie rytmu doprowadziło w swych skutkach do szeroko rozpowszechnionych naruszeń i innych organicznych praw. Przejawione nazbyt wyraźnie we wszechświecie prawo periodyczności, które rządzi także przypływem i odpływem mórz i kieruje zjawiskami wszechświata, powinno również rządzić i ograniczać jednostkę ludzką, nadając wyraźny rytm jej życiu i przyzwyczajeniom. Nie może ono być lekceważone bez wywoływania fatalnych skutków – chaosu, szkodliwego wypaczenia i dezorganizacji w działaniu energii, które – będąc właściwie użyte – dałyby zdrowie, a z nim równowagę ciała i duszy. Tylko niechęć człowieka do dociekań i głębszego wnikania w prawa przyrody oraz nadużywanie przezeń wolnej woli, przyćmiewającej mu przyrodzony wewnętrzny wzrok, stały się przyczyną naruszenia tej ogólnej harmonii. Lecz cóż w takim razie odpycha współczesnego człowieka od tej jedynie słusznej drogi i co skłania go do niewłaściwego i szkodliwego – zarówno dla siebie, jak i dla pokoleń – postępowania w życiu? Czy istnieje może jakaś obiektywna tego przyczyna, której – mimo świadomości złych skutków – człowiek nie jest w stanie przeciwstawić swej woli, by – rozumnie kierując swymi czynami – zamiast ku upadkowi zmierzać ku doskonaleniu? Prawo ewolucji obejmuje zarówno życie pojedynczych jednostek, jak i całych społeczeństw ludzkich i każda nowa epoka posuwa nas niewątpliwie naprzód w dążeniu do nieświadomie wyczuwanego i poszukiwanego celu – za wyjątkiem tych okresów, kiedy ludzkość zapomina o konieczności regulowania swych dróg prawami moralności. Historyczną wtedy odpowiedzialność za degenerację pokoleń ponoszą zawsze tylko ich przodkowie, a więc – pokolenia rodzicielskie, wydające na świat i wychowujące następujące po nich generacje. Każdy doskonalszy szczebel organizacji społecznego życia podnosi w tym stosunku i poziom kultury, w zależności od której wykształcają się znów coraz wyższe formy wychowania. I jeżeli ideał wychowawczy opiera się na podstawach moralnych, to zarówno byt społeczeństwa, jak i kierunek jego postępu kroczy drogą prawidłową tzn. zgodnie z jego naturalnym prawem rozwoju. W przeciwnym razie – postęp bywa wypaczony i społeczeństwo dotąd musi przeżywać wstrząsy, póki nie ustalą się w nim prawidłowe, a więc zgodne z prawem przyrodzonym zasady wychowawcze. Jako ojciec, względnie wychowawca, człowiek przekazuje młodzieży te zasady, które sam wyznaje; wpaja w nią własne zapatrywania i upodobania, a także wskazuje drogi do osiągnięcia uznawanego przez siebie ideału. W zależności tedy od pojęć, dążeń, przekonań czy upodobań wychowawcy kształtuje się umysł i psychika dziecka; ustalają się jego poglądy i urabia stan duchowy, odpowiadający w ogólności wewnętrznemu nastawieniu nauczyciela. W ten sposób starsze społeczeństwo upodabnia młodzież do siebie; narzuca jej swoje zamiłowania, dostosowuje do wymagań i według swego sposobu myślenia, wyznawanych ideałów, poziomu moralności i etyki ustala jej skłonności, potrzeby i dążenia.{mospagebreak} Wzrastając w takiej atmosferze, mniej lub więcej ujednoliconych wpływów – zależnie od poziomu rozwojowego lub właściwych danemu środowisku ogólnych cech charakteru – w młodzieży również wykształcają się pewne, mniej lub więcej jednolite poglądy i zasady, odróżniające bądź zbliżające ją w tym względzie do innych środowisk społecznych, które razem wzięte – powiedzmy jako naród – w konsekwencji takiego wychowania otrzymują jakiś charakteryzujący je, również na ogół jednolity rys, z określonymi dodatnimi lub ujemnymi tendencjami rozwojowymi. Dziecko jednakowo przyswaja sobie tak dobre, jak i złe zasady. Wie o tym zarówno każdy psycholog, jak i pedagog. W historii ludzkości znajdujemy dość przykładów świadczących, że nie trudno jest wychować pokolenie w złym, czy dobrym duchu; że jednakowo łatwo umacnia się system wychowawczy, względnie wpajany w młodzież kierunek ideowy przenika coraz głębiej w dusze społeczeństwa i następnym pokoleniom przekazuje już zaszczepioną i utrwaloną moralną lub niemoralną zasadę. Widzieliśmy, jak współczesne nam hitlerowskie Niemcy potrafiły w ciągu zaledwie kilkunastu lat wpoić nie tylko w młodzież, ale i w znaczną część starszego społeczeństwa zasady biegunowo przeciwne ogólnoludzkiej etyce i humanitaryzmowi. Jak głęboko zostały zaszczepione idee rasizmu i zaborczości, na podłożu których rozwinął się już kult mordu, grabieży, gwałtu, nienawiści i wszelkich zbrodniczych instynktów, podczas gdy znów np. Szwedzi – także drogą stosowania odpowiednich metod wychowawczych – wykształcili u siebie pod względem moralno-etycznym dość wysokie wartości dodatnie. Przyczyna więc istniejącego obecnie społecznego zła – leży tylko w nas: jako rodzicach, opiekunach, wychowawcach, nauczycielach i wszystkich tych, którzy bezpośrednio czy pośrednio biorą udział w dziele fizycznego i duchowego wychowania młodego pokolenia. Jako rodzice – popełniamy wiele błędów wychowawczych, nie kierując w sposób właściwy wychowaniem dzieci i nie interesując się nimi lub tylko dorywczo, kiedy są pod naszym bezpośrednim nadzorem w domu. Nie zajmujemy się nimi metodycznie, szczególnie w tych sprawach i przedmiotach, których nie obejmują programy szkolne, jak np. etyki i moralności, miłości bliźniego i obowiązków synowskich i obywatelskich, słowem tego, co kształtuje charaktery, rozwija i utrwala kulturę wewnętrzną. Wszystko bowiem, co stanowi wewnętrzną harmonię lub dysharmonię człowieka, jego stały dobry lub zły nastrój, ów odróżniający rys charakteru, względnie jego sumienie – kształtuje się tylko w domu rodzinnym. Wszystkie zdrowe zasady, czyste uczucia, dobre nawyki, wszystkie moralne i życiowe siły rozwijają się tylko w odpowiednio dobrej i czystej atmosferze rodziny, w której dziecko żyje, oddycha i niejako nasiąka nią. Nie staramy się o podtrzymywanie zaufania dzieci do nas, bagatelizując ich sprawy i zbywając je byle słowem lub nawet strofując, by nie nudziły nas głupstwami i w ten sposób tracimy u nich swój ojcowski czy rodzicielski autorytet. Zamiast w każdej wolnej chwili zajmować się rodziną i dziećmi w dbałości o prawidłowy rozwój ich umysłów i serc – przez budzenie szlachetnych i twórczych zainteresowań, rozumnie i pouczająco odpowiadać na ich pytania – wolimy czytać książkę lub gazetę, albo wymawiać się zmęczeniem, odsuwając je w ten sposób od siebie jak mało znaczące, dokuczliwe lub niewygodne przedmioty. Nie zapominajmy jednak, że jeśli odsuwamy od siebie dziecko z jego dziecięcymi troskami i zagadnieniami, to ono będzie szukało ich zaspokojenia gdzie indziej i najczęściej znajdzie je u źródeł niewłaściwych. Otwierając natomiast dziecku pożądane pole działalności i sferę pożytecznych zainteresowań, moglibyśmy łatwo powstrzymać jego niewłaściwy kierunek myślenia i odwrócić szkodliwe zainteresowania. Nie chodzi tu o to, by stale zajmować się i kierować dzieckiem, układać plan jego zajęć i systematycznie wykonywać go, lecz by w każdym okresie jego życia rozwijać i umacniać w nim jak najwięcej pobudek do pożytecznego zajęcia i szlachetnego postępowania. Trzeba od najmłodszych lat wyrabiać w dziecku sumienie, czyli ów stały miernik moralny do oceniania wszystkich swoich i cudzych postępków, własnych ukrytych intencji i zjawisk społecznych. Trzeba wskazywać dziecku celowość życia, ukazywać mu twórcze perspektywy indywidualnej i społecznej przyszłości: uczyć twórczego życia jako zasady, a nie dla nagrody.{mospagebreak} I otóż, pamiętając o tym, trzeba niekiedy wyrzec się nie jednej osobistej przyjemności, zrezygnować na rzecz dziecka z wypoczynku, nie omijając żadnej okazji obcowania z nim, by jak najczęściej i jak najwięcej wpajać i przekazywać mu pożytecznych wiadomości, przykładów i zasad, z sumy których ma się złożyć i utrwalić jego dobry charakter. Należałoby od najwcześniejszych lat szczepić w dziecku wstręt do wszelkich negatywnych i ciemnych stron życia, naświetlając mu ich złe skutki indywidualne i społeczne, wskazując stale właściwą drogę i dając przy tym zawsze dobre przykłady. Albowiem nie to, co starsi mówią, lecz to co robią jest dla dziecka najlepszą i najskuteczniejszą nauką życia. Lecz chcąc by nas dzieci naśladowały, musimy sami wyrażać i stwierdzać nie w słowach, a w czynach dobre zasady, które powinny niepodzielnie rządzić naszym życiem. Na nieszczęście, życiem naszym rządzą pewne ustalone zwyczaje, często bezmyślne, niedorzeczne i szkodliwe, a prawie zawsze będące wykwitem czy skutkiem jakiegoś naśladownictwa. Robimy najczęściej to co inni, a inni – to co my i rozgrzeszamy się błędnym przeświadczeniem, że wszyscy tak czynią. Gdybyśmy, jako rodzice czy wychowawcy, w zasięgu tych powszednich i powszechnie panujących zwyczajów wykształcali w sobie drogą ćwiczenia jakieś drobne cnoty, moglibyśmy mieć pewną gwarancję, że – naśladując nasze postępowanie – wychowywane przez nas dzieci przyswoją sobie w danym kierunku tę dobrą zasadę, która w życiu może być dla nich pożyteczna. Lecz, niestety, zwyczaje i postępowanie nasze jest pełne rozmaitych kontrastów, a już co najmniej połowa naszych postępków przeczy rozumem i słowami wyznawanym zasadom. Otóż to właśnie najbardziej podkopuje w dzieciach budowę ich charakterów. Dziecko najszybciej spostrzega te sprzeczności i najłatwiej przyswaja je sobie, a okazji do tego dajemy mu co dzień bardzo dużo. Chcąc tedy zmienić i ulepszyć moralną stronę naszych dzieci – musimy przede wszystkim zmienić siebie, zrewidować własne postępki i wyplenić z nich fałsz, którym przesiąknięte jest dziś całe nasze życie. Zapewne, że rodzina i wychowanie dzieci – to nie łatwy obowiązek, lecz sami dobrowolnie przyjęliśmy go na siebie i powinniśmy wypełniać go z całą godnością i poświęceniem, mając min. na względzie, że w ten sposób spłacamy też dług wdzięczności zaciągnięty wobec naszych rodziców, wychowawców i tych, którym zawdzięczamy ponoszone kiedyś troski, starania i poświęcenie dla naszego wychowania. A więc wina za szerzące się obecnie społeczne zło – jest w nas: w rozluźnieniu dyscypliny rodzicielskiej i braku należytego nadzoru w stosunku do dzieci; w nieukrywani wobec dzieci ze strony rodziców niekiedy swych nazbyt wolnomyślnych poglądów na życie płciowe i praktyki małżeńskie; w naszym rozluźnieniu spoistości wewnętrznej; w zatraceniu lub nieuświadamianiu sobie celowości życia; w naszych słabostkach i zniewieściałości charakterów; w gonieniu za chwilowymi podnietami i rozkoszami, wyczerpując w nich najdrogocenniejsze twórcze siły cielesne i duchowe; w braku zaufania do siebie i stojących przed nami ideałów; w zatraceniu wiary w przyszłość; w braku poważnych, długofalowych zainteresowań na korzyść przyziemnych powszednich spraw; w bojaźni przed jutrem i łatwości ulegania wpływom zewnętrznym; w zatraceniu lub nie rozumieniu zdobywczo-twórczej postawy samodzielnego życia; w szukaniu wygodnictwa i stwarzaniu sobie warunków, w których wystarcza powierzchowność myślenia; w zobojętnieniu na szczytne ideały; w zestarzałym egoizmie, który rodzi nieustanne wewnętrzne konflikty i samoograniczenia; w zatraceniu najpiękniejszych uczuć: miłości bliźniego, współczucia i społecznego obowiązku; w zagubieniu treści życia, zlekceważeniu i zatraceniu najważniejszych drogowskazów – etyki i moralności, a nawet wyszydzaniu cnót moralnych itp. Słowem – w świadomym i nieświadomym demoralizowaniu dzieci i młodzieży, rozgrzeszając się błędnym przeświadczeniem, że wszyscy tak czynią, to musi być dobre. I otóż owo wszyscy tak czynią – składa się właśnie na istniejący stan zepsucia, rozkładu moralnego i zatrważająco szybko postępującej degeneracji młodego pokolenia.{mospagebreak} Jakże często np. tematem nawet towarzyskich rozmów ludzi są mordy, gwałty, katastrofy, choroby, zdrady, samobójstwa, dzieciobójstwa i różne nieszczęścia, roztrząsanie których powoduje nawyk zajmowania nimi uwagi i myśli, wywierając tym szkodliwy wpływ na umysł i na cały charakter człowieka. Dowodzi to, że umysłowość współczesnego człowieka cierpi na przesyt, przerabia nadmiar cudzych myśli, przestarzałych pojęć należących do minionych czasów, miast zajmować się rzeczywistością bieżącego dnia. Wprawdzie nie można się temu dziwić, że umysły ludzkie tak często i łatwo zwracają się ku tym smutnym i ponurym objawom życia, gdyż na jego zewnętrznym, zjawiskowym ekranie zawsze najwyraźniej uwypuklają się ponure cienie nieszczęść, zbrodni, katastrof i śmierci. Czytanie np. przez młodzież sensacyjnych reportaży, względnie nowelistycznej literatury o tajemniczych morderstwach, rabunkach itp., jak również oglądanie podobnych filmów w kinach, wytwarza zgoła niepożądany i bardzo szkodliwy nałóg myślenia, kierując uwagę i zainteresowania młodych, chłonnych umysłów ku najciemniejszym stronom współczesnego życia. Chcąc uchronić psychikę młodzieży od grożącej jej zalewem wzbierającej wciąż fali brudnych i szkodliwych wpływów, należało by przeciwstawić jej coś odwrotnego, nie mniej silnego, lecz szlachetnego i twórczego. Praktykowana dziś niemal jawnie wśród młodzieży swoboda w życiu seksualnym nieuchronnie będzie prowadziła do coraz większego obniżenia i zordynarniania natury człowieka, utrudniając rozwój jego życia wewnętrznego. Nadużycia płciowe, niemoralny tryb życia, nieumiarkowanie i nierytmiczność w jedzeniu i piciu, używanie już niemal od dziecinnych lat alkoholu i palenie tytoniu, rozwinięty seksualizm i przedwcześnie uświadomionej o używaniu organów rozrodczych młodzieży, a nie uświadomionej o niebezpieczeństwie i zgubnych skutkach tego używania itd. – wszystko to składa się na istniejący i pogłębiający się w każdym pokoleniu stan zwyrodnienia i upadku. To nie wyłącznie wojny – jak usiłują uzasadniać niektórzy obrońcy rozwiązłego trybu życia i nadużywania różnych szkodliwych środków oraz poniżających, a zabójczych dla pokoleń praktyk miłosnych – są przyczyną zwyrodnienia rasy. Wszak bywały w historii ludzkości nieraz długoletnie i nie mniej obfitujące w okrucieństwa wojny, lecz nie powodowały takiego upadku moralności i fizycznego zwyrodnienia społeczeństw, jak to ma miejsce obecnie. A widzimy to aż nazbyt wyraźnie w coraz większym wzroście rozmaitych chorób, zarówno fizycznych jak i psychicznych, mnożeniu się zjawisk patologicznych, obniżaniu wzrostu człowieka i postępującym ogólnym skarleniu każdego nowego pokolenia. Jeszcze w końcu ubiegłego i pierwszych latach bieżącego stulecia przeciętny wzrost mężczyzn w wieku poborowym wynosił przeważnie 190 cm, podczas gdy dziś wśród żołnierzy większości krajów europejskich przeważa słaby, rzadko przekraczający 180cm i cherlawy z wyglądu mężczyzna, a każde nowe pokolenie przedstawia pod tym względem coraz gorszy stan… Obok rodziców i szkoły, współwinę za istniejący kryzys życia rodzinnego i upadek moralności wśród młodzieży ponosi niewątpliwie także medycyna, która – z racji swej szczegółowej znajomości zdrowego i chorego organizmu człowieka, w zakresie prawideł życia i zachowania trwałego cielesnego i duchowego zdrowia – posiada pełnie warunków, by być najbardziej miarodajnym czynnikiem wychowawczym. Jeśli bowiem medycynie znane są indywidualnie i społecznie szkodliwe skutki nadużywania przez człowieka przyrodzonych energii, leżących u podstaw i rozwoju wszelkiego życia, to nie powinna być jej również obojętna sprawa braku odpowiedniego systemu cielesnego i moralnego wychowania młodzieży. A tymczasem, zarówno rodzina jak i szkoła pozbawione są nie tylko doskonałych metod wychowawczych, lecz nawet ogólnych ujednoliconych i wiarygodnych wytycznych, określających jakieś minimum warunków dla prawidłowego rozwoju ciała i wskazujących racjonalny tryb życia, jako podstawy równowagi oraz trwałości cielesnego i duchowego zdrowia.{mospagebreak} Wysuwane od czasu do czasu przez poszczególnych przedstawicieli świata lekarskiego teorie i systemy oraz zalecenia i wskazania, dotyczące trybu życia i zachowania zdrowia – są na ogół sprzeczne i nie budzą zaufania. Kiedy np. jeden odłam lekarzy stosuje w swej praktyce fitoterapię i propaguje ziołolecznictwo, to znów ze strony przedstawicieli urzędowej medycyny kierunek taki nazywa się sekciarstwem, a jako jedynie skuteczna – uznawana chemoterapia i przewaga leków syntetycznych nad roślinnymi. Nic tedy dziwnego, że taka kontrastowość zapatrywań i zmienność teorii lekarskich, a także zmienność metod leczniczych…, nakazów i zaleceń – nie podnosi zaufania do medycyny, jako nauki będącej w ciągłym rozwoju. Jako nauka, medycyna zajmuje się głównie leczeniem chorób czyli nienormalnymi i patologicznymi stanami człowieka, natomiast wyrabianie i podnoszenie odporności zdrowych ludzi nie leży w zakresie zainteresowań i kompetencji medycyny. A jeśli chodzi o młodzież, to sprawy te powierza się w najlepszym razie szkole lub instytucji wychowania fizycznego. A tymczasem, organizm człowieka w stanie normalnego zdrowia powinien zasługiwać co najmniej na tyleż uwagi, troskliwości, opieki i eksperymentowania, co i chory, względnie ciała martwe w prosektoriach. Zgodnie z wyrażoną jeszcze przed czterdziestu laty, przez znanego psychologa dr-a Ochorowicza, opinią: Dotychczasowa orientacja lekarska jest czysto materialna, ma wzrok zapatrzony w patologię komórkową, w choroby oddzielnych narządów z nadmierną specjalizacją, w odkrycia bakteriologiczne…, w różne drobne reakcje chemiczne, fizyczne i mechaniczne; nie uwzględnia natomiast ogólnej przyrodzonej, konstrukcyjnej i leczniczej autonomii ustroju, jego indywidualności oraz siły czynników moralnych, a w zakresie środków daje stanowczą przewagę sztucznym nad naturalnymi. W ten sposób …patologia izolowała istotę ludzką ze środowiska społecznego, fizycznego, kosmicznego; zlekceważyła stosunki prawa harmonii między ustrojem żywym, a wszechświatem. Oddzielając ciało od duszy, stracono jedność osobnika. Stąd też – według powszechnego mniemania, że organizm jest własnością – każdy dowolnie używa swego ciała i postępuje wedle własnych popędów i wolnej woli, czyli zgodnie ze swą naturą i nawykami, a nieraz nawet z modą… Szczycimy się wielkim postępem i wysoką wiedzą lekarską w stosunku do poziomu lecznictwa ubiegłych wieków i do dobrych i twórczych osiągnięć zaliczamy np. powiększanie z roku na rok liczby szpitali oraz różnych zakładów i urządzeń leczniczych. A tymczasem dowodzi to jak gdyby podświadomego przewidywania dalszego nieuchronnego obniżania się zdrowotności wśród społeczeństwa mimo, iż z drugiej strony coraz bardziej upowszechnia i zaostrza się stosowanie w różnej postaci profilaktyki społecznej. Toteż sądzimy, że fakt mnożenia szpitali i zakładów leczniczych jest tu raczej zjawiskiem niepokojącym, gdyż wymownie świadczy nie o zmniejszaniu się liczby trapiących społeczeństwo chorób, a o postępującym ich wzroście i coraz większym skarleniu człowieka. Czy nie większym dobrodziejstwem dla człowieka byłoby wskazywanie mu opartego na prawach przyrody, racjonalnego i wstrzemięźliwego, chroniącego od chorób i przedwczesnej śmierci sposobu życia, niż korzystanie z możliwości skutecznego transplantowania przez medycynę przedwcześnie zużytych i obumarłych organów ciała? Uznając słuszność takiego punktu widzenia, należało by raczej dążyć do tego, by przez stałe podnoszenie zdrowotności, a z nią tężyzny fizycznej i doskonalenia moralnego całego społeczeństwa – stopniowo likwidować szpitale i zakłady lecznicze, ograniczając ich liczbę do najniezbędniejszych; niepotrzebne zaś zmieniać na domu kultury, szkoły, domy sztuki itp. Byłoby to najlepszym świadectwem dobroczynnego rozwoju i postępu wiedzy medycznej, stając się prawdziwym błogosławieństwem dla społeczeństwa i przyszłych jego pokoleń. Miast mnożyć szpitale i zwiększać fabrykację syntetycznych leków, nie zawsze lub często połowicznie skutkujących, nasuwa się pytanie, czy nie słuszniejszym byłoby ześrodkowanie dążeń medycyny do takiego poznania sił i praw przyrody, tkwiących w samym człowieku&
Sposoby rozwiązywania kryzysów w małżeństwie Materiały uzupełniające dla małżeństw uczestniczących w spotkaniach w ramach cyklu warsztatów: „Porozumiewanie się w małżeństwie”. „Kochać kogoś to nie znaczy przede wszystkim robić coś dla niego, ale pomóc mu odkryć jego piękno, jego niepowtarzalność, światło ukryte w jego wnętrzu” Jean Vanier Kiedy kobieta i mężczyzna pobierają się i stając przed grupą świadków ślubują „miłość, wierność oraz to, że cię nie opuszczę aż do śmierci” jest to szczęśliwy dzień, jeden z najszczęśliwszych w ich życiu. Gdy jednak kończy się miodowy miesiąc, wiele par zaczyna zdawać sobie sprawę, że zakochanie i tworzenie udanego małżeństwa to dwie różne sprawy. Wierność przysiędze staje się o wiele trudniejsza niż im sie wydawało. Małżonkowie napotykają na pierwsze trudności, a różnice zdań między nimi prowadzą do konfrontacji rzeczywistości z wyimaginowanymi oczekiwaniami. Konflikty w małżeństwie są nieuniknione, ale pocieszającym jest fakt, że pozytywne przeżycie kryzysu nie tylko nie niszczy systemu małżeńskiego, ale może doprowadzić do jego wzrostu. Dojrzałe podejście do sytuacji problemowej i odważne stawienie jej czoła sprawia, że małżonkowie zaczynają funkcjonować na wyższym poziomie. Czynników powodujących konflikty w małżeństwach jest bardzo wiele. Początkowo mogą dotyczyć one spraw pozornie błahych: wymogu zmiany dotychczasowych osobistych nawyków, dostosowania się do potrzeb małżonka. Stopniowo coraz większą trudnością mogą okazywać się różnice postaw, hierarchii wartości, niektórych cech osobowości, poziomu inteligencji czy wykształcenia. Małżonkowie potrzebują na nowo poznać się i zaakceptować sie nawzajem takimi jakimi są. Problemy, które w okresie narzeczeństwa wydawały się nieistotne, teraz mogą stawać się treścią ich życia. Głębokim źródłem konfliktów mogą być i często są naturalne etapy życia rodzinnego: strach przed samodzielnością, problemy z rodzicami partnera, jeśli młodzi małżonkowie nie mieszkają od razu we własnym gospodarstwie, albo jedno z nich jest zbyt uzależnione od rodziców, pytania dotyczące dzieci. Kryzysy są bardzo naturalne i towarzyszą niemal każdemu trudnemu przejściu rodziny: kiedy rodzi się dziecko, idzie do przedszkola, do szkoły, kiedy rodzice muszą sobie wspólnie radzić z buntem nastolatków, opuszczeniem domu przez swoje latorośle, w końcu znowu zostają sami we dwoje. Wyeliminowanie sytuacji konfliktowych z życia małżeństwa jest niemożliwe. Pojawienie się napięcia konfliktowego nie jest ani zagrożeniem bezpośrednim więzi małżeńskiej ani katastrofą. To, co staje przed parą małżeńską w sytuacji konfliktowej, to przede wszystkim dostrzeżenie konfliktu i przyjęcie go, aby został on rozwiązany w sposób nie zagrażający małżeństwu i miłości małżeńskiej. Dlatego tak istotne jest rozumienie istoty kryzysu, umiejętność wspólnego analizowania sytuacji i rozwiązywania konfliktów, tak aby związek małżonków stawał się coraz silniejszy. Podstawą ułatwiającą przyjęcie, zrozumienie i rozwiązanie konfliktu jest uznanie, że mężczyzna i kobieta nie są identyczni. Problem w tym, że po raz pierwszy w historii kształceni są chłopcy i dziewczęta w zupełnie ten sam sposób. Program szkolny odzwierciedla przekonanie o naszej identyczności i zachęca młodzież, by w to uwierzyła. W tej sytuacji małżeństwo staje się szokiem. W swojej naiwności zapominamy o tym, że obie płcie wchodzą w związek małżeński z bardzo odmiennymi oczekiwaniami, talentami i przygotowaniem emocjonalnym. Kobieta wnosi do związku miłość emocjonalną, skłonność do wzajemnej współzależności, tęsknotę za bliskością uczuciową i za seksem jako wyrazem tej emocjonalnej intymności. Mężczyzna jest w dziedzinie uczuć znacznie mniej wymagający, a bywa nawet zupełnie ślepy na ich wagę. Skłonny jest do niezależności i swoje obowiązki w ramach kontraktu małżeńskiego postrzega przede wszystkim w kategoriach zapewnienia bezpieczeństwa finansowego. Chce „udanego” życia seksualnego, w rezultacie którego pojawią się dzieci, za których bezpieczeństwo on będzie odpowiedzialny, a rodzina stanie się fundamentem jego życia. Mężczyzna prawdopodobnie nie wie, że biologia kobiety spowoduje u niej niezrozumiałe i nieracjonalne zmiany nastroju. Ona nie zdaje sobie sprawy, że jego biologia niesie ze sobą niższy próg gniewu i frustracji. W rezultacie rodzi się mnóstwo nieporozumień i nie trudno o konflikt. Częstą przyczyną konfliktów w małżeństwie, obok różnic płci, jest nieumiejętność porozumiewania się. W dobie telewizji, komputerów i głośnej muzyki, ludzie zatracają potrzebę rozmowy. Wiecznie zabiegani rodzice nie rozmawiają z dziećmi, nie słuchają ich, a te w konsekwencji nie uczą się prawidłowych form komunikacji. Dzieci coraz mniej przebywają z rówieśnikami, atrakcyjniejszą rozrywką stają się gry i oglądanie filmów. Ludzie nie są przyzwyczajeni do przebywania, ze sobą, dzielenia się radościami i smutkami, po prostu rozmawiania. Z drugiej strony nie jest możliwa dojrzała miłość, autentyczne życie rodzinne bez umiejętności rozumienia tego, co mówi drugi człowiek. Sposób komunikacji wyraża ponadto rodzaj więzi, jaka łączy mówiącego z drugim człowiekiem. Przekazywaną treść można wyrazić w taki sposób, by partner czuł się szanowany i kochany. Ale można ją wypowiedzieć i w taki sposób, że małżonek czuje się poniżony czy lekceważony. Podobnie jest ze słuchaniem. Można tak wsłuchiwać się w to, co mówi druga osoba, że czuje się ona zrozumiana i respektowana. A można to uczynić w taki sposób, że czuje się ona jedynie osądzona, a kontakt ze słuchającym staje się źródłem cierpienia. Komunikacja służy nie tylko przekazywaniu informacji, ale określa sposoby wzajemnego odnoszenia się do siebie ludzi. Człowiek komunikuje się zawsze, nie tylko słowem, ale gestem, mimiką twarzy, zachowaniem. Tak zwane „ciche dni” między małżonkami są również formą bardzo intensywnej i bolesnej komunikacji. Konieczne jest więc nauczenie się pozytywnych form komunikacji, aby pokonywać kryzysy w małżeństwie, a konflikty żeby były okazją do wzajemnego wzrostu. Szczęście i trwałość małżeństwa są często zagrożone poprzez czynniki obecne w jednym lub w obojgu partnerach. Dzieje się tak, gdy małżonkowie są egoistami, nie szanują się nawzajem, nie przyjmują do wiadomości tego, że nie mieli racji. Sytuacje konfliktowe powstają, gdy małżonkowie nie akceptują siebie takimi jakimi są a płciowość przeżywają na sposób instrumentalny, kiedy nie potrafią w inny sposób okazywać sobie miłości i nie pozwalają Bogu być pośrodku nich. Inne niebezpieczeństwa mają swoje źródło w kulturze współczesnego świata i są związane z mentalnością absolutnej niezależności i propagowania rozwodów. Głoszą one między innymi, że więcej znaczą uczucia i zaspokojenie własnych popędów niż osoba małżonka czy dzieci, że najważniejsze jest być zakochanym, a nie kochać aż do ofiary z samego siebie, że istotna jest gratyfikacja, na pierwszym miejscu jest „mieć”, a nie „być”. Zagrożone z zewnątrz i od wewnątrz małżeństwo często popada w kryzys. Co powinno uczynić małżeństwo, które popada w kryzys? Przede wszystkim należy zacząć działać natychmiast, nie czekać aż stan się pogłębi, a to oznacza: rozmawiać szczerze i z miłością, pozwolić pomóc sobie przez Boga, pozwolić pomóc sobie ze strony kompetentnej osoby, zmienić postawę. Najważniejsze to nie zrzucać całej winy na drugiego, przyznać się do własnych błędów i słabości. Z drugiej strony trzeba nauczyć się przebaczać i prosić o wybaczenie. Małżeństwo oparte na pokorze nie rozpada się. Każdego dnia małżonkowie powinni uczyć się na nowo „kochać”, rozmawiać o sobie samych, budować głęboką przyjaźń. Małżeństwo jest owocem obustronnej zgody, dwóch „tak” wypowiedzianych w dniu ślubu. W sytuacji konfliktu trzeba odnaleźć na nowo wartość danego sobie nawzajem słowa, nauczyć się żyć od nowa, w końcu ponownie postawić Boga pośrodku, aby uczyć się miłości całkowitej, bezinteresownej, ostatecznej. Rozwiązanie konfliktu wymaga podjęcia inicjatywy, aby naprawić związek. Gary i Barbara Rosberg1 pomagający małżeństwom w odbudowywaniu ich związku, zauważyli, że w większości konfliktów istnieje powtarzający się ciąg zdarzeń. Za każdym razem, gdy zaczyna się konflikt, powstaje „pętla”, która zamyka się dopiero, gdy konflikt zostaje rozwiązany. Typowy konflikt zaczyna się od jakiegoś rodzaju spięcia, współmałżonek jest zazwyczaj zraniony, a to zwykle szybko prowadzi do gniewu. Kluczowym w rozwiązywaniu konfliktu jest jego „przyjęcie”. Przyjmując sytuację konfliktową dostrzega się i bierze pod uwagę fakt, że partner dąży do czegoś, co jest sprzeczne z własnym dążeniem. Rozwiązanie konfliktu jest możliwe tylko wtedy, gdy każde z małżonków jest gotowe przyjąć postawę pokory, konieczna jest przy tym konfrontacja, ale musimy uczynić to w postawie miłości. Podczas omawiania konfliktu, ważne jest, aby stosować zasady dobrego porozumiewania się, a więc: skupić się na wysłuchaniu współmałżonka, zamiast cały czas mówić samemu, nawiązywać zarówno do tego, do czego się dąży, jak i do tego, co się w aktualnej sytuacji kryzysu i sporu przeżywa, a także wybrać właściwy czas i miejsce do omawiania problemu. Kluczowym elementem, aby można było „zamknąć pętlę”, jest przebaczenie. Bez niego małżonkowie znajdują się w pułapce gniewu i nie są w stanie się pojednać. Przebaczenie obejmuje cztery etapy: wyznanie, żal, skruchę i prośbę o przebaczenie. Ostatnim etapem jest odzyskanie zaufania, nie dzieje się to jednak automatyczne, na powrót zaufania trzeba sobie zapracować. Znany psycholog małżeństwa Thomas Gordon2 dzieli proces rozwiązywania konfliktu na kilka etapów: Pierwszy krok to rozpoznanie i nazwanie problemu. Jest to słowne wyrażenie własnych potrzeb, życzeń czy dążeń i napotykanych trudności. Na tym etapie trzeba także określić co stanowi istotę konfliktu, to znaczy które dążenia są sprzeczne i wykluczają się wzajemnie. Uczestnicy mają prawo wypowiedzieć także co przeżywają uczuciowo i dlaczego im na realizacji ich planów zależy. Drugi krok to sformułowanie celów dążeń. Etap ten pozwala przesunąć w przebiegu rozważań ocenianie poszczególnych dążeń z widzenia ich pod kątem nasilenia chęci, czy stopnia przyjemności – na wartości trwalsze i owocujące w dalszym życiu. Krok trzeci to poszukiwanie rozwiązań. Polega on na zbieraniu tak wielu możliwych rozwiązań, tak jak się nasuwają. Należy je starannie spisywać, nie oceniając ani ich wartości, ani realności. Dobrze, żeby było ich jak najwięcej. Nie muszą być ani rozsądne, ani łatwe w realizacji, mogą nawet przekraczać to, co swymi życzeniami sugerowali na początku uczestnicy konfliktu. Pomysłów nie ocenia się jeszcze, a jedynie notuje. Czwartym krokiem jest ocena proponowanych rozwiązań. Dopiero po zamknięciu listy pomysłów, gdy żadnemu z małżonków nic już nie wpada do głowy wolno przystąpić do ich oceny. Ocenia się je pod kątem celów, sformułowanych na poprzednich etapach i pod kątem realnych możliwości. Warto poświęcić także uwagę uczuciom, jakie budzą poszczególne projekty. Rozwiązania, które budzą zdecydowany sprzeciw któregokolwiek z małżonków skreśla się. Pod koniec takich rozważań na liście zgłoszonych zostaną dwa lub trzy nie budzące zdecydowanych sprzeciwów, spośród których można dokonać ostatecznego wyboru. Ostatni piąty krok to dokonanie wyboru najlepszego rozwiązania. Każde rozwiązanie można przyjąć na próbę na określony czas, by potem na następnym posiedzeniu małżeńskim ocenić realizację i ustalić ewentualne modyfikacje tego rozwiązania na następnym wyznaczony okres. Dobrze jeżeli uda się małżeństwu zażegnać konflikt i znaleźć rozwiązanie w jego początkowym stadium. Czasem jednak małżonkowie nie podejmują się rozwiązania wielu drobnych różnic zdań czy incydentów nie chcąc się kłócić. Jest to bardzo złudna taktyka, tłumiony wielokrotnie gniew utaja się, ale pozostaje w gotowości do wybuchu, i rzeczywiście gdy sytuacja frustrująca przekroczy próg zdolności tłumienia, kłótnia wybucha z ogromną siłą i nie daje się kontrolować. Czasem w sytuacji kryzysowej jedna ze stron ucieka, by wyładować swoje pretensje wobec osób trzecich (matki, siostry, przyjaciółki). Takie zachowanie jest jednak złamaniem lojalności i pozostawia u tych osób przekonanie, że w małżeństwie dzieje się coś złego. To przekonanie pozostaje długo po rozwiązaniu sytuacji konfliktowej. Dobrze przeprowadzona kłótnia może mieć jednak wartość oczyszczającą i pomagać w pokonaniu kryzysu w małżeństwie. F. Fischaleck3, autor książki o uczciwej kłótni małżeńskiej, twierdzi, że kłótnia bywa nieunikniona. Żeby jednak nie stworzyła zagrożenia dla więzi małżeńskiej, a raczej ją pogłębiła, nie musi zostać z życia pary wyeliminowana, lecz ma być świadomie „starannie przygotowana” i powinna przebiegać w sposób kontrolowany. W centrum uwagi ma pozostawać partner, a nie problem, a także własne uczucia. Fischaleck wyróżnia kilka etapów kontrolowanej „uczciwej kłótni małżeńskiej”: I etap – to przygotowanie się do rozmowy na temat konfliktowy zagrażającym rozwojem kłótni. Ten etap przeprowadza się samotnie, w monologu wewnętrznym, częściowo odreagowując negatywne uczucia, a zawsze należy je sobie uświadomić: poczucie krzywdy, rozżalenie, winę partnera. W tym monologu osoba uświadamia sobie, co czuje. II etap – początek sprzeczki: wybór odpowiedniego momentu i zapowiedź „chcę z tobą porozmawiać na ten temat”. III etap – to właściwa kłótnia. Jej przebieg dzieli autor na cztery kroki: krok – komunikat o własnych negatywnych uczuciach. krok – rozmówcy przedstawiają, co jest przedmiotem konfliktu. Krok – wyjaśnienie, do czego dąży każda ze stron. Należy mówić o swoich celach bliższych i dalszych, domagać się , by druga strona wypowiedziała się także na swój temat. Nie można imputować drugiemu dążeń, każdy sam musi je nazwać. Krok – rozmowa na temat możliwych rozwiązań, zadowalających choćby częściowo obie strony, przyjęcie ewentualnie rozwiązań tymczasowych do wypróbowywania w określonym odcinku czasu. IV etap – dotyczy zakończenia sporu: przyjęcie jakiegoś, choćby tymczasowego rozwiązania. Aby rozładować resztki napięcia, należy dopowiedzieć na temat przeżywanych uczuć, a następnie przejść do pojednania, mobilizując uczucia pozytywne i nagradzające partnera rozmowy za okazaną ustępliwość czy zrozumienie. Ostatnim krokiem jest ocena przebiegu sporu i ustalenia dotyczące przyszłych spornych rozmów. Dla małżonków, którzy potrafią mówić o swoich uczuciach bezpośrednio w pierwszej osobie, nie atakując rozmówcy, którzy jasno potrafią wypowiadać swoje życzenia i zachowują w czasie całej sprzeczki w świadomości punkt czuwania: „nie ranić rozmówcy” takie metodyczne przeprowadzenie sporu jest zupełnie możliwe. Jednak nawet gdy małżonkowie nieoczekiwanie staną wobec kryzysu i rozpoczną zażartą walkę spontanicznie w pełni rozdrażnienia, przeważnie w środku kłótni uświadamiają sobie, że lepiej byłoby z rozmową poczekać. W takiej sytuacji można wymianę zdań przerwać i zarządzić przerwę, podczas której każde z małżonków może się przygotować do dalszego sporu i podjąć go na nowo na korzystniejszych warunkach. Akceptując w ogóle możliwość kłótni, akceptować można także swoje negatywne uczucia, nie wmawiając sobie jednak, że ich źródłem jest osoba partnera i nie atakując go za to, a także nie obarczając odpowiedzialnością za własne uczucia. Kryzysy w małżeństwie są nieuniknione. Dobrze jest je pokonywać rozmawiając ze sobą i analizując problemy. Katalizatorem takiej rozmowy może być doradca lub mediator rodzinny, jeżeli sytuacja tego wymaga. Może on przyjąć przez słuchanie – wszystkie oskarżenia i wyrazy negatywnych uczuć, i uświadomić, że to już jest przygotowanie do poradzenia sobie z sytuacją kryzysową. Następnie należy zakomunikować te uczucia osobie, z którą są związane i przedstawić przedmiot sporu, a także życzenia jakie z tym są związane. Większość kryzysów można zażegnać poprzez szczerą rozmowę, jasne oczekiwania i otwartość na potrzeby i uczucia małżonka. Jest to proces trudny, wymagający długiej nauki, ale możliwy do osiągnięcia dzięki wzajemnej miłości, szacunkowi i pragnieniu wspólnego szczęścia. Zbiór i opracowanie: Magdalena Krajewska Zainteresowanych zapraszam na warsztaty: „Porozumiewanie się w małżeństwie” Bibligrafia: ks. Marek Dziewiecki, „Psychologia porozumiewania się”, Kielce 2000 ks. Marek Dziewiecki, „Miłość pozostaje”, Częstochowa 2001 Michael Lawson, „Wobec konfliktu”, Kraków 1993 Anne Moir, David Jessel, „Płeć mózgu”, PWN 1993 Nicola de Martini, „Problemy narzeczeństwa i małżeństwa”, Warszawa 1997 Gary i Barbara Rosberg, „Porozumiewanie się w małżeństwie”, Warszawa 2004 Elżbieta Sujak, „Małżeństwo pielęgnowane”, Katowice 1989 Fritz Fitschaleck „Uczciwa kłótnia małżeńska”, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 2000 1 Gary i Barbara Rosberg, „Porozumiewanie się w małżeństwie”, str. 41 3 Elżbieta Sujak, „Małżeństwo pielęgnowane”, str. 92
Czasami nawet w najbardziej udanym małżeństwie, pewne sygnały wysyłane przez ukochaną osobę mogą sugerować, że Wasze partnerstwo przechodzi trudności. Wystarczy, że jednej ze stron zaczyna czuć, że coś nie gra i związek stoi na granicy rozstania. Oczywiście, każda relacja przechodzi swoje chwile załamania i wcale nie oznacza, że to jest powód do jej zakończenia. Kryzys w związku pojawia się wtedy, kiedy kłótnie i nieporozumienia zdarzają się bardzo często i z czasem przestaje nam zależeć na ukochanej osobie. Jeśli oboje czujecie, że Wasza relacja przeżywa kryzys, warto zastanowić się na jego powodem. Co sprawia, że zaczynają pojawiać się problemy w związku i jak je rozwiązać? Oto kilka wskazówek, aby uratować swoją relację z osobą, na której nam zależy. Nierówne traktowanie i poczucie wyższości jednej ze stron Ważne w związku jest równe zaangażowanie i traktowanie siebie nawzajem. Bardzo często zdarza się, że jedna ze stron zdecydowanie bardziej angażuje się w związek oraz wkłada więcej wysiłku, aby go utrzymać. Jeśli takowa sytuacja się nie zmienia, nie wróży to dobrej przyszłości związkowi. Nierówne zaangażowanie w związek na polu emocjonalnym powoduje frustrację zwłaszcza ze strony osoby bardziej przywiązanej. Warto porozmawiać z drugą osobą, na temat tego, czy równo poświęcacie się związkowi oraz, czy oddajecie sobie tyle atencji, ile oboje potrzebujecie. Warto również zauważyć, czy w waszym związku jedna ze stron nie czuje pewnego rodzaju wyższości. Takie poczucie jest niezwykle krzywdzące dla partnera lub partnerki oraz zaburza jego poczucie wartości, które zdecydowanie trudno jest odbudować. Brak czasu i szacunku Jedno z najważniejszych wartości w związku jest wzajemny szacunek i poświęcanie drugiej osobie czasu. Żadne wielkie prezenty i skarby nie oddają tego samego jak poczucie, że ktoś nas szanuje i chce spędzać z nami dużo czasu. Jeżeli w waszym związku brakuje czasu na długie rozmowy, seks, randki i wyjazdy, warto zastanowić się, czy wasza relacja idzie w dobrą stronę oraz, czy każdemu do odpowiada. Podstawą zbudowania dobrego związku jest budowanie emocjonalnej, wzajemnej więzi. W trwałej relacji bardzo ważny jest szacunek. Możecie nie zgadzać się w wielu kwestiach, notorycznie się kłócić, aczkolwiek zawsze powinniście się szanować. Brak zaufania i szacunku to najczęstszy powód do rozstania. Nawigacja wpisu
Małżeńskie kryzysy są nieuniknioną konsekwencją decyzji o byciu razem. Nie oznaczają jednak klęski związku, nie przekreślają jego sensu. Są częścią historii małżeństwa, tak jak jego sukcesy i radości. Jeśli umiemy je zaakceptować i konstruktywnie przeżyć, stają się swoistą szczepionką na dalsze życie. Pierwszy kryzys każdego małżeństwa zaczyna się w dniu ślubu. Słowo „kryzys” w tym wypadku nie oznacza zmiany na gorsze, ale zmianę w ogóle, polegającą na przejściu z odświętności narzeczeństwa w stan zwyczajnej stabilności i codzienności. W miejsce często maksymalnie wyreżyserowanych spotkań, z pełną charakteryzacją (garnitury, krawaty, eleganckie kreacje, biżuteria itp.) oraz „maską” (uśmiech, kultura, umiar, czar…) pojawiają się przysłowiowe kapcie i papiloty, impulsywne odruchy, nawyki. Zamiast rozmów o uczuciach i marzeniach zaczynają się — powodowane życiową koniecznością — uwagi na temat zakupów, posiłków, porządków… Choć wydaje się to banalne, kryzysy wynikające ze zmian w dotychczasowym układzie bywają bolesne, a nierzadko przeradzają się w głębsze i groźniejsze rozdźwięki. Ważniejsze zmiany zachodzące w małżeństwie to narodziny dzieci, uzyskanie pierwszego własnego mieszkania, przeprowadzki, nowa praca lub jej strata przez któreś z małżonków, kolejne stopnie edukacji dzieci, zawieranie przez nie związków małżeńskich, narodziny wnuków, itd. Do tego dochodzą wydarzenia nieprzewidziane — bolesne, jak choroby, śmierć kogoś w rodzinie lub katastrofy oraz radosne — wielka wygrana na loterii, szybka kariera… Dlaczego wrzucam to wszystko do jednego worka? Bo wszystkie te sytuacje zawierają element zmiany, która rodzi lęk. Stare jest oswojone. Nowe — to niewiadoma. Ten, kto ma silną konstrukcję psychiczną i mocne poczucie bezpieczeństwa jest skłonny podejść do nowej sytuacji jak do przygody, raczej z zaciekawieniem niż niepokojem. Osoby słabsze, niestabilne przestraszą się na zapas, przewidując to, co najgorsze. Gdy spotkają się dwie osoby słabe — o konflikt nietrudno. Psychologia poucza, że skutkiem lęku jest agresja, wynikająca z poczucia destabilizacji i bezradności. W myśl starego porzekadła, które mówi, że najlepszą obroną jest atak, rzeczywiście w sytuacji zagrożenia odruchowo sięgamy po najcięższą broń po to, by obronić się przed realnym czy wyimaginowanym niebezpieczeństwem i przetrwać. Trafiamy w partnera tym celniej i ranimy tym boleśniej, im dłużej trwa związek. Znamy się przecież doskonale. Przez dni, miesiące i lata wspólnego życia nieraz mieliśmy okazję dostrzec słabe strony partnera i odsłonić swoje. Uderzamy często bez złej intencji, nadal kochamy przecież żonę czy męża, jednak silna frustracja połączona z brakiem umiejętności adekwatnego jej przeżycia często tak właśnie owocują. Każda zmiana powinna wzmacniać czujność na wzajemne relacje po to, by kryzys zewnętrzny nie stał się przyczyną wewnętrznych kłopotów małżeństwa. Obok kryzysów wynikających z wyżej wspomnianych zmian mogą pojawić się w małżeństwie i inne. Postaram się pokrótce je scharakteryzować. Rutyna i wzajemne znudzenie się sobą On był kiedyś atrakcyjny, czarujący, pełen pomysłów, zaskakujący, przystojny…, ona — urocza, piękna, sympatyczna, radosna, czuła i wyrozumiała… A dziś: on — ciągle zmęczony, po pracy zainteresowany tylko gazetą i telewizorem. Ubrany w rozwleczony dres, w coraz większym rozmiarze. Ona — pełna pretensji, zaniedbana, skrzywiona, skupiona na dzieciach lub domowych porządkach. Każdy dzień, każdy tydzień wygląda tak samo. W wazonie nie ma już świeżych kwiatów. Nie pamiętają, kiedy byli razem na koncercie, w kinie, na randce we dwoje. Pojawia się nuda, zniechęcenie, szarość… Coraz trudniej wraca się do takiego domu. Gdy na drodze pojawi się przystojny, czarujący, uśmiechnięty inny on lub piękna, pełna wdzięku inna ona, bliskie jest niebezpieczeństwo zdrady, ucieczki z domu w bardziej atrakcyjny świat. Jak bronić się przed rutyną? Jak dbać o świeżość związku? Tak samo jak o każdą inną wartościową rzecz czy sprawę, czyli poprzez ciągłą i systematyczną pielęgnację. Dzień ślubu i przysięga dozgonnej miłości nie oznaczają końca obowiązku wzajemnego zabiegania o siebie. To staranie musi się teraz uwidocznić w każdym kolejnym dniu. Jego wyrazem jest, między innymi, dbanie o swoją atrakcyjność — fizyczną, intelektualną, towarzyską… Ładne ubranie warto zakładać nie tylko do pracy i na spotkanie towarzyskie, ale i w domu, dla męża czy żony. Pewna odświętność — gestów, słów, zwyczajów powinna towarzyszyć stale małżeńskim relacjom. Nie po to, żeby coś udawać, ale dlatego, by podkreślić ważność tego związku. Innym sposobem przezwyciężania monotonii jest umiejętność zaciekawiania sobą i dziwienia się partnerem. Do zwykłego rytmu dnia można wprowadzać nowe elementy, inspirujące niespodzianki. One właśnie ożywiają i mobilizują często do wzajemnych starań. To może być inna potrawa, nowa fryzura, odmienny sposób spędzenia niedzieli czy urlopu, kupno płyty z muzyką, której dotąd nie słuchaliśmy… Warunkiem powodzenia takich inicjatyw jest życzliwy odbiór drugiej strony, radość, a nie kurczowe trzymanie się tego, co było. Jak wszędzie i tu potrzebny jest umiar, żeby zmiany i niespodzianki nie stały się celem samym w sobie i nie zburzyły koniecznej w każdym związku stabilizacji. Przed rutyną mogą — paradoksalnie — obronić małżeństwo także rytuały, które odróżniają ten związek od innych. Na ogół tworzą się one przez lata, powodują, że nasz dom staje się domem szczególnym, ze specyficzną, niepowtarzalną atmosferą, za którą tęsknimy, kiedy jesteśmy daleko. Należą do nich: własny sposób przeżywania rodzinnych uroczystości; dekoracje mieszkania zaprojektowane przez członków rodziny, a nie kupowane w sklepie; okazjonalne wyjazdy w konkretne, własne miejsce w plenerze; rytuały pożegnalne i powitalne wykraczające poza banalne cmoknięcie w policzek; obrzędy pojednania, kiedy zdarzy się nieporozumienie czy kłótnia, itp. To wszystko powoduje, że z upływem lat rzeczywistość małżeńska nie szarzeje, tylko wzbogaca się ciągle o nowe barwy i odcienie. Kryzys zdrady Bardzo często zdrada jest skutkiem tego, co zewnętrzne (patrz wyżej opisana rutyna i nuda z poczuciem nijakości lub klęski w dotychczasowym związku), a nie przyczyną rozdźwięku między małżonkami. Jest to konsekwencja tego, co dzieje się wewnątrz każdego z partnerów, jego systemu i hierarchii wartości, postawy odpowiedzialności za związek, itd. Sytuacja pokusy — nieunikniona przecież — jest sprawdzianem dla naszej odpowiedzialności, lojalności, wierności temu, co przysięgaliśmy przed ołtarzem. To oczywiste, że łatwiej i efektywniej jest kupić nowy samochód niż żmudnie naprawiać stary i zużyty. Niektórzy taką filozofię stosują także do małżeństwa. „Nie udało się”. „To była pomyłka”. „Nie kocham cię już”. „Mam prawo do samorealizacji i spełnienia”. To częste pożegnalne słowa zdradzających. Pojawiają się tu ważne pytania o miłość i sposób jej rozumienia. Czy jest emocją, afektem, który mija i rzeczywiście nic na to nie można poradzić? Czy raczej jest to postawa troski o drugiego człowieka, obdarzania sobą w całym bogactwie, trwania w tym, co łatwe i co trudne; przyjaźń, solidarność… Zdrada może być epizodyczna lub trwała, ukryta bądź jawna, traktowana przez zdradzającego jako urozmaicający dodatek do małżeństwa lub jego potencjalny zamiennik. Czy stanie się ona początkiem końca małżeństwa w dużej mierze zależy od zdradzanego. Od tego, co okaże się ważniejsze — zraniona miłość własna, ból, upokorzenie, cierpienie czy raczej troska o trwałość domu i tej relacji, która kiedyś świadomie została wybrana i przypieczętowana — na dobre i złe. Bardzo ważne jest przebaczenie — zdolność do niego to cecha dojrzałego człowieka. Jednak jego niezbędnym warunkiem jest prośba o nie wyrażona przez tego, kto skrzywdził. Ujawnienie zdrady to — dla obojga — sygnał do analizy przebiegu małżeństwa. Być może należy ponownie przemyśleć istotę wspólnego życia, zastanowić się nad tym, w którym momencie zaczęły rozchodzić się nasze drogi i co miało na to wpływ. Warto uderzyć się w swoje, a nie współmałżonka piersi i zadać sobie pytanie, na ile ja ranię małżonka, nie rozumiem jego potrzeb, nie akceptuję dążeń i wyborów. Może mam w sobie coś z despoty, który zawsze musi postawić na swoim i chce rządzić w każdej sprawie. Może ciągle nie dowierzam partnerowi, ufam tylko swoim decyzjom, a jemu pozostawiam rolę wykonawcy. Może jestem zrzędą, nieustannie dającą wyraz swojemu niezadowoleniu, w dodatku przekonaną, że służy to wyłącznie dobru współmałżonka, którego przecież trzeba sobie wychować. A może jestem typem szalonego artysty, który świetnie sprawdza się w sytuacjach zabawy i rozrywki, bo ma wciąż nowe pomysły, a te właśnie cechy szalenie utrudniają codzienne współistnienie. Na takiej osobie trudno się bowiem oprzeć, gdyż tak prozaiczne czynności, jak robienie zakupów czy odbieranie dziecka z przedszkola, uważa ona niemal za obrazę dla swojej wybitnej osobowości. Zapomina o ważnych dla rodziny terminach i sprawach, tłumacząc z wrodzonym sobie wdziękiem, że to przecież nic takiego. Może nie staram się kontrolować swoich emocji, nie panuję nad językiem i w ten sposób boleśnie, choć nieświadomie, dotykam swojego współmałżonka. Wzajemna komunikacja Jedną z najczęstszych przyczyn małżeńskich kryzysów jest brak nawyku lub umiejętności rozmawiania o tym, co naprawdę ważne. Przemilczamy pierwsze nieporozumienia, bo wydaje nam się, że przejdzie, samo się wyjaśni… A te nie nazwane pretensje i żale rosną, i zaczynają żyć własnym życiem. Kiedy przeleje się kielich goryczy, nie ma to nic wspólnego z rzeczową rozmową, bo siła wybuchu jest zbyt intensywna. Zamiast wyjaśnień są oskarżenia, zamiast konkretów — ogólniki (bo ty zawsze, nigdy, bo twoja matka…), zamiast aktualności — wyciąganie historii sprzed lat (a pamiętasz, już wtedy…). Przeciwieństwem tej wersji są tzw. ciche dni uprawiane przez wiele par, tłumaczących, że jest to wybór mniejszego zła. Czym naprawdę są owe dni? To nic innego, jak absolutne zerwanie komunikacji, czyli przekreślenie szansy na porozumienie i wyjaśnienie czegokolwiek. Na izolację można sobie pozwolić wobec sąsiada, ale nie wolno jej stosować wobec kogoś najbliższego, bo jest to zgoda na umieranie tego, co żywe we wzajemnej relacji. Ciche dni to polityka strusia, który chowa głowę w piasek. Problem został przemilczany i czeka nie załatwiony na kolejną okazję, by się ujawnić. Małżeństwo jest przestrzenią dla odważnych, którzy nie boją się wzajemnej konfrontacji, bo wiedzą, że od świętego spokoju lepsze jest życie z całą jego różnorodnością. Nawyk dobrej rozmowy, nie tylko w sytuacji nieporozumienia, to podstawa trwania każdego związku, który nie ma być tylko „unią socjalno–ekonomiczną”. Nieprawdą jest, że nie ma na to czasu — skoro jest czas na telewizor, na piwo, na doprowadzanie do nieskazitelnej czystości kolejnych zakątków mieszkania czy garażu… Trzeba sobie postawić pytanie o naszą hierarchię wartości. Czy lśniąca podłoga, pełna lodówka, sprawny samochód, itp. są ważniejsze od wzajemnego zrozumienia, bliskości, zaufania? Dobrych rozmów można się uczyć. Są lektury, treningi komunikacji, itd. Ale najważniejszy jest codzienny, choćby nieporadny, własny trening: chwila dla siebie, nie w biegu, lecz przy kuchennym stole lub na wygodnej kanapie, albo na spacerze z psem. Rozmowa to intymność, czyli powierzanie sobie nawzajem tego kawałka siebie, który jest najgłębszy, najbardziej prywatny — po to, by „moje” zmieniło się w „nasze”. Błędem jest zakładanie, że on czy ona domyśli się, o co chodzi, i oskarżanie partnera, jeśli tak się nie stanie. Każde z nas jest inne, a nasze potrzeby i nastroje zmieniają się nawet kilka razy w ciągu dnia. Po co utrudniać życie swoje i partnera poprzez niedomówienia i zagadki, kiedy możemy je ułatwić, a zaoszczędzoną w ten sposób energię spożytkować w bardziej sensowny sposób. W małżeństwie często zachowujemy się tak, jakby nasz partner był uczestnikiem loterii fantowej, w której wygraną jest nasze zadowolenie i uśmiech, jeśli akurat trafił i przypadkiem odgadł nasze myśli. Istotą małżeństwa jest nieustający dialog, czyli wymiana informacji, pytań, wyrażanie oczekiwań, określanie emocji, dzielenie się przeżyciami. Im więcej informacji o sobie podaruję małżonkowi, tym większa szansa na wzajemne zrozumienie. Ważne, żeby te komunikaty nie były oskarżeniami. Lepiej powiedzieć: „jestem głodny”, niż: „podaj mi wreszcie obiad!”. Istotnym elementem dialogu jest umiejętność słuchania. Nadawanie nie może dominować nad odbiorem, gdyż wtedy będzie to raczej monolog. Podstawą słuchania jest pełne zrozumienia i akceptacji milczenie, kiedy mówi druga osoba; nawet wtedy, gdy są to rzeczy trudne czy nieprzyjemne. Chociaż wydaje się nam, że wiemy, jakie słowo padnie za chwilę, pozwólmy, żeby partner sam je wypowiedział. Uszanujmy tempo naszego rozmówcy, nie poganiajmy go, nie okazujmy zniecierpliwienia. Poświęćmy mu nasz czas i uwagę. Odłóżmy inne zajęcia. W spotkaniu ważne są też gesty, atmosfera, miejsce. Niektóre małżeństwa rozmawiają zawsze w określonej scenerii, w ulubionym kącie mieszkania, przy dobrej herbacie czy lampce wina. Nawet trudne sprawy łatwiej rozwiązać, kiedy jest wzajemna otwartość i troska. Seks W małżeństwie zdarzają się także kryzysy dotyczące seksu — sfery bardzo ważnej i delikatnej. Wynikają one nie tyle z powodu tzw. niedopasowania, ile raczej z braku znajomości siebie i partnera w tej dziedzinie. Mimo przemian obyczajowych ostatnich lat, zabiegów edukacyjnych dotyczących seksualności człowieka, tematyka ta wciąż owiana jest atmosferą tabu. Mówi się o niej głośniej i częściej, ale nie znaczy to, że mądrzej. W czasopismach i książkach pełno jest różnorodnych porad, które sprowadzają człowieka do istoty składającej się wyłącznie ze sfery popędowej, pomijając psychikę, rozum i wolę. Inne — traktują wciąż seks i erotykę jako coś grzesznego i brudnego. Tak naprawdę erotyczne relacje między małżonkami są miejscem najpełniejszego przekazywania miłości, pod warunkiem, że traktuje się je z należnym szacunkiem i odpowiedzialnością. Zadaniem każdego człowieka jest poznać swoją seksualność, zaakceptować ją, umieć rozpoznawać i nazywać swoje potrzeby w tej dziedzinie. Należy też o tym rozmawiać z partnerem, szukając własnego miłosnego języka, gdyż inaczej będzie to tylko spotkanie ciał, a nie całych kochających się osób. Dialog w tej dziedzinie jest niezbędny do prawdziwego porozumienia, opartego na wzajemnej szczerości i szacunku. Seksualność jest przestrzenią największej intymności, odsłonięcia siebie do końca. Stąd wielka podatność tej sfery na wszelkiego rodzaju urazy i zranienia. Potrafimy wybaczyć sobie zwykłe niepochlebne i czasem niesprawiedliwe oceny. Jednak gdy odnoszą się one do dziedziny erotyki, trwale zapadają w pamięć. Bardzo trudno potem odzyskać pełne zaufanie do partnera, dlatego należy bardzo dbać o to, by w kłótniach nie używać tego rodzaju argumentów, nie odgrywać się na nim poprzez ocenianie jego seksualnej atrakcyjności. Rozwiązując problemy tej natury, należy zawsze pamiętać, że człowiek jest całością, i jego seksualności nie da się oddzielić od całej reszty. Traktowanie stosunków seksualnych jako lekarstwa na rozdźwięki lub karanie partnera za jego przewinienia separacją od łoża jest błędem. Jedność w tej dziedzinie jest wypadkową ogólnego porozumienia, wzajemnego szacunku i ciągłego poznawania siebie. Różnice poglądów Kolejną przyczyną małżeńskiego kryzysu mogą być różnice poglądów dotyczące ważnych spraw i często związany z nimi zawód w stosunku do współmałżonka: „Wydawało mi się, że myślimy jednakowo, a on postąpił tak…”, „Jak ona mogła tak zrobić?”. Pojawiają się: szok, zdziwienie, przerażenie, utrata zaufania… To wszystko nie wydarzy się, jeśli od początku małżeństwa, a właściwie już od momentu zaprzyjaźniania się z sobą, rozmawiamy na każdy temat, obserwujemy się uważnie, uczymy się siebie. Problemy pojawią się, jeśli w początkowym okresie znajomości zamykamy oczy na prawdę: „Nic nie jest ważne; ważne, że się kochamy…”, „Nie szkodzi, że on nie lubi dzieci, nasze na pewno pokocha…”, „Co z tego, że ona głosuje na tę partię, ważne, że jest ze mną…”. Dotyczy to drobiazgów i poważnych spraw. Konieczna jest sztuka kompromisów, czasem poświęceń. Najpierw jednak musi być wiedza o rzeczywistości i jej akceptacja. Małżeństwo moich znajomych rozpadło się. On był po zawodówce, ona skończyła studia. On był ze wsi, ona z miasta. Inne nawyki, inny styl życia, potrzeby. Jego lekturą był „Sportowiec”, ona czytała poezję, współczesną literaturę. Nie to ich prawdopodobnie zgubiło, ale fakt, że przed ślubem nie uznali tych różnic za ważne. Przecież się kochali. Potem okazuje się, że inaczej sobie to wszystko wyobrażali. Ona chciała mieć męża kumpla i partnera. On, pochodzący z patriarchalnej rodziny, widział siebie raczej jako przywódcę stada, który zarabia na dom i spodziewa się wsparcia ze strony podporządkowanej żony, obiadków na czas, zadbanego domowego ogniska. Lub inaczej — ona słaba i bierna. Tęskniła za mężem opiekunem, a on wychowany przez nadopiekuńczą matkę, szukał jej także w żonie… Nie ma jednego słusznego modelu małżeństwa. Ważne, żeby był jasno nazwany i akceptowany przez obie strony. Warto przed ślubem zadać sobie pytanie, czy jestem w stanie zaakceptować mojego partnera z cechami, poglądami, nawykami, wyobrażeniami, itp. takimi, jakie ma teraz, zakładając, że nigdy się one nie zmienią. Jeśli odpowiedź jest negatywna, a szansę na udany związek widzę tylko pod warunkiem zmian, które pod moim wpływem dokonają się we współmałżonku, ryzyko niepowodzenia jest bardzo duże. Jeśli jednak związek już trwa, a my dopiero teraz odkrywamy, jak wiele nas dzieli, pozostaje szukanie kompromisów w oparciu o to, co mamy wspólne. Może pokrywają się nasze ideały i cele, a różnimy się w poglądach na to, jakimi drogami należy do nich dążyć? A może mamy podobne potrzeby, a różni nas sposób ich zaspokajania? Żeby osiągnąć sensowną ugodę, musimy nauczyć się rezygnować ze swoich przyzwyczajeń i przyjmować odmienność partnera jako dar i bogactwo, a nie zagrożenie, pamiętając przy tym, że dary bywają trudne. Możemy również próbować ustalać sensowne granice wzajemnych ustępstw i unikać konfrontacji tam, gdzie kompromis jest niemożliwy. Wtedy pozostaje szacunek dla poglądów małżonka, z jednoczesnym zachowaniem swoich. Warto również pamiętać o tym, że wzajemna odmienność jest wielką wartością każdego małżeństwa. Im bogatszy wewnętrznie, pochłonięty jakąś pasją jest każdy z małżonków, tym bogatszy cały związek. To, co dotąd mieli pojedynczo i prywatnie, teraz staje się własnością ich obojga i służyć może wzajemnemu rozwojowi. Małżeńskim ideałem wcale nie musi być równość pod każdym względem. I ona, i on mają swoje talenty, zainteresowania, doświadczenia, umiejętności. Mogą się tym zarażać, obdarzać, zaciekawiać i cieszyć. Razem mają o wiele więcej, niż mieli osobno. Czyż to nie jest powód do radości? Ingerencja osób trzecich W najbardziej typowej wersji będą to oczywiście teściowie, ale mogą być także aktywne przyjaciółki lub życzliwi kumple. Ważnym warunkiem powodzenia małżeństwa jest jego autonomia (co nie oznacza izolacji od rodziny czy społeczeństwa). Autonomia fizyczna (oddzielne mieszkanie, finanse), ale także psychiczna (samodzielne decyzje, realizacja własnych pomysłów). Kiedy kobieta staje się żoną, a mężczyzna mężem, nie przestają być córką czy synem. Są to jednak już inne układy, inne relacje. Małżeństwo jest, a przynajmniej powinno być, definitywnym opuszczeniem jednego domu po to, by zbudować swój, nowy. Nie da się mieszkać i prawdziwie żyć w dwóch naraz. Trzeba się jasno określić i nie trzymać kurczowo tego, co było. Cenne jest korzystanie z własnych korzeni, sięganie do doświadczeń i mądrości rodziców, pod warunkiem, że będą to sugestie, nie rozkazy; propozycje, a nie próba szantażu („jeśli się wyprowadzicie, to ja tego nie przeżyję”), jasne oferty, a nie manipulacja. Najważniejszym układem w małżeństwie jest relacja mąż — żona. To się wydaje oczywiste, jednak często w praktyce okazuje się, że w rodzinach ważniejsze stają się nieprawidłowe sojusze i koalicje. Na przykład: żona lub mąż tworzą układ ze swoją matką lub ojcem albo z czasem żona buduje ścisłą więź z córką, a mąż z synem, kosztem relacji małżeńskiej. Jeśli duet żona — mąż jest stabilny, mocny, to wszystkie inne przeciwności mogą co najwyżej zachwiać małżeństwem, ale nie są w stanie go przewrócić. To żona i mąż wspólnie budują dom, to oni są jego opoką, na której opiera się cała reszta. W każdym dobrym małżeństwie jest miejsce i czas na pielęgnowanie tej najważniejszej relacji — przez bycie tylko we dwoje, po to, by potem móc być także dla innych i z innymi, w tym z własnymi dziećmi i rodzicami. Nie ma to nic wspólnego z egoizmem czy niewrażliwością wobec innych. Jest to konieczność, ciągłe wzmacnianie fundamentów związku. Nieobecność Jeszcze jedna ważna przyczyna kryzysu małżeńskiego to nieobecność — fizyczna lub psychiczna — któregoś z małżonków. Czasem, jak na przykład w rodzinach marynarskich, jest to stały element małżeństwa, wynikający z obiektywnej sytuacji. Kiedy indziej stanowi ona raczej skutek braku właściwych wyborów dotyczących wspólnego życia. Na pewno zawsze warto zastanowić się, czy rzeczywiście jest ona koniecznością. Jeśli tak, niezbędna staje się umiejętność podtrzymywania wzajemnej więzi. Ważna jest intensywność i głębia kontaktów między małżonkami. Jeśli widujemy się rzadko, tym bardziej trzeba dbać o to, żeby spotkania nie były powierzchowne, byle jakie, by stały się one zastrzykiem miłości na następne, spędzane osobno dni czy tygodnie. Można również pielęgnować na odległość wzajemną więź — poprzez listy czy rozmowy telefoniczne, choćby krótkie, ale regularne, zawierające obok informacji o zwykłych sprawach, także słowa wyrażające uczucia, tęsknotę, itp. Nałogi i przemoc Na koniec wspomnę o nałogach i przemocy, które w sposób dramatyczny mogą zachwiać małżeństwem, a nawet podważyć sens jego kontynuowania. W obu tych przypadkach, niezależnie od źródeł problemu, zaburzeniu ulega to, co bardzo istotne w małżeństwie, czyli bliskość, zaufanie, poczucie bezpieczeństwa. Takie sytuacje wymagają pomocy specjalistów, a zadaniem i obowiązkiem zdrowego małżonka, podejmowanym w imię prawidłowo rozumianej miłości, jest przerwanie milczenia i odważne wołanie o pomoc wszystkich tych, którzy są do tego powołani. Złudne jest przekonanie, że poradzimy sobie sami, że partner się zmieni, że będzie lepiej. Człowiek dotknięty nałogiem lub zaburzeniami osobowości nie jest w pełni odpowiedzialny za to, co robi. Jego wola i rozum nie funkcjonują prawidłowo i najczęściej nie jest w stanie zmienić swojego postępowania. Trzeba przełamać wstyd związany z ujawnianiem dramatu, gdyż to właśnie jest jedynym sposobem, by go zlikwidować. Jest wiele instytucji, które mogą pomóc w rozwiązaniu tego typu problemów. Im wcześniej się do nich zwrócimy, tym większa szansa na realną pomoc. Małżeńskie kryzysy są nieuniknioną konsekwencją decyzji o byciu razem. Nie oznaczają jednak klęski związku, nie przekreślają jego sensu. Są częścią historii małżeństwa, tak jak jego sukcesy i radości. Jeśli umiemy je zaakceptować i konstruktywnie przeżyć, stają się swoistą szczepionką na dalsze życie. Wzmacniają i uczą skutecznie, ponieważ nauka ta wynika z własnych błędów. Wiele małżeństw po nawet bardzo głębokich załamaniach staje na nogi i buduje dalej związek, scementowany w dwójnasób intensywnymi przeżyciami. Kryzys może bardzo zbliżyć małżonków, jeśli wspólnie starają się go przezwyciężyć i pamiętają o tym, że żyć razem nie oznacza żyć łatwo. Jednym z głównych warunków wychodzenia z kryzysów jest umiejętność darowania wzajemnych uraz. Często bardzo się przywiązujemy do naszego cierpienia, bólu, poczucia krzywdy. Staramy się, żeby partner ani na chwilę nie zapomniał o tym, jak wielkim okazał się draniem i jak bardzo przez niego cierpimy. Obnosimy się ze swoim żalem, przejmująco milczymy lub obrzucamy współmałżonka gorzkimi spojrzeniami. Im dłużej to trwa, tym trudniej przerwać. Powoli wchodzimy w stan, który można zatytułować „im gorzej, tym lepiej” i toczymy z partnerem grę. Cokolwiek zrobi w tej sytuacji, i tak będzie źle. Mnożymy nasze wymagania i oczekiwania oraz intensywnie adorujemy nasze nieszczęście. Trudno dokładnie wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Czasem jest to efekt zbyt długiego zbierania różnych żalów, które się w taki właśnie sposób wylewają. Jak przezwyciężyć taką sytuację? Bardzo pomaga poczucie humoru i dostrzeżenie w całej tej sytuacji nie tylko tragedii, ale także farsy. Podstawą jest oczywiście umiejętność śmiania się z siebie. Naprawdę czasem jesteśmy komiczni w swoim zacietrzewieniu, kiedy nawet nie bardzo już pamiętamy, o co nam na początku chodziło. Spróbujmy trochę wyjść poza siebie i spojrzeć z boku. Taki dystans bardzo się przydaje. Można wyobrazić sobie, że oglądamy film, którego fabuła oparta jest na naszym życiu. Łatwiej wtedy dostrzec to, co naprawdę istotne, prościej znaleźć sensowne rozwiązania. Można nagrać małżeńską kłótnię, a potem, kiedy emocje już miną, odtworzyć ją i zanalizować. Inny sposób radzenia sobie z kryzysami to korzystanie z pozytywnych doświadczeń z przeszłości. W chwilach najtrudniejszych i zdawałoby się beznadziejnych, warto przypomnieć sobie wspólne szczęśliwe chwile. Mogą w tym pomóc zdjęcia, pamiątki, listy pisane do siebie. To wszystko pomaga wrócić do źródeł, odkryć na nowo wartość związku, odświeżyć miłość, która nie skończyła się przecież, ale może nieco wyblakła, przygasła. Uruchamianie dobrych wspomnień pomaga stwierdzić, że jest o co i o kogo walczyć. Przestrzegam przed sformułowaniami (nawet w myślach!) typu: „gdzie ja miałam oczy?”, „co ja w niej widziałem?”. Obok nas jest przecież ciągle ten sam człowiek, którego kiedyś pokochaliśmy i postanowiliśmy być z nim przez całe życie. Jego wartość pozostała niezachwiana. Musimy w to wierzyć nieustannie, jeśli nasze małżeństwo naprawdę ma być trwałe i szczęśliwe. Im dłużej jesteśmy razem, tym bogatsza okazuje się prawda o nas, pełniej się ona ujawnia. Oznacza to również odsłanianie się warstw dotąd przykrytych. Wszystkie są wartościowe i cenne, także te, których na razie nie rozumiemy. Nigdy nie jest tak, że człowiek z dobrego nagle staje się zły. Każde z nas jest mieszanką dobra i zła, szlachetności i podłości. Ważne jest, żeby ani w sobie, ani tym bardziej w drugim człowieku nie skupiać się na tej ciemnej stronie. Jeśli dzisiaj wydaje się komuś, że nienawidzi swojego małżonka lub jest wobec niego całkowicie obojętny, niech przypomni sobie, dlaczego kiedyś go pokochał. I niech szuka w nim tych wartości, a one na pewno się ujawnią. W przezwyciężaniu kryzysów pomaga także paradoks. Jeśli nie możemy przestać się kłócić, to zacznijmy spierać się „systemowo”, na przykład tylko w piątki lub tylko między a Albo postanówmy, że przed każdą ostrą wymianą zdań będziemy się elegancko ubierać. A może niech będzie wolno kłócić się tylko na stojąco? Nie kpię. Takie sposoby naprawdę pomagają przełamać swoje złości i na nowo zbliżyć się do siebie. Konflikty można rozwiązywać w sposób twórczy. Do tego przydatna jest technika, nazywana burzą mózgów. Polega ona na tym, że każda strona sporu zgłasza swoje pomysły na załatwienie danej sprawy. Im więcej tych pomysłów i im bardziej one są szalone, tym lepiej. W tej fazie zabroniona jest jakakolwiek ocena i krytyka. Mamy tylko słuchać i zapisywać kolejne propozycje. Następnie weryfikujemy projekty i odrzucamy te, które są rzeczywiście niemożliwe do spełnienia oraz te, których nie może zaakceptować jedna ze stron — nie z powodu złośliwości, ale z przyczyn naprawdę ważnych. Potem pozostaje już tylko wybór rozwiązania najbardziej efektywnego i satysfakcjonującego oraz jego realizacja. Małżeństwa, które często się kłócą i mają problemy z dochodzeniem do porozumienia, zachęcam, aby przestudiowały podręczniki omawiające techniki negocjacji i zastosowanie strategii problemowej, która polega na tym, że nie walczymy z sobą, tylko staramy się wspólnie rozwiązać problem. Czasem przydatna jest mediacja, to znaczy włączenie w spór osoby trzeciej, obiektywnej, która pomoże nam zobaczyć problem we właściwej perspektywie. Taka pomoc jest niezbędna wtedy, gdy emocje rozhulały się za bardzo i sami nie jesteśmy w stanie zdobyć się na dystans. Nie oznacza wtrącania się w nasze życie ani udzielania dobrych rad. Zadaniem mediatora jest tylko pośredniczenie między zwaśnionymi i zapobieganie burzliwej konfrontacji. Jego osoba musi być zaakceptowana przez obie strony konfliktu. Ważne dla jedności związku jest zachowywanie jego intymności i granic, stąd istotne wydaje się, aby po mediatorów sięgać w sprawach naprawdę istotnych i by nie „sprzedawać” tego, co dzieje się w małżeństwie wszystkim i zawsze. Można boleśnie zdradzić małżonka nie tylko na płaszczyźnie erotycznej, ale także poprzez ujawnienie jego tajemnic czy powierzanie komuś trzeciemu tego, co było i powinno być własnością dwojga. Publiczne narzekanie na małżonka czy piętnowanie jego wad nie służy niczemu dobremu, nawet gdy publicznością jest tylko zaufana przyjaciółka. Jeśli już czasem naprawdę trudno się powstrzymać przed narzekaniem, to warto przyjąć zasadę, że po litanii wad, wymieniamy przynajmniej taką samą ilość zalet partnera. W konfliktach często uruchamiają się emocje o dużym negatywnym ładunku, takie jak złość, gniew, nawet nienawiść. Dlatego ważne jest, aby nauczyć się nimi odpowiednio gospodarować, tak by nie stały się bronią do rażenia przeciwnika. Warto znaleźć swój własny, bezpieczny sposób ich realizacji. Może to być aktywność fizyczna, ruch, praca, twórczość, krzyk (ale nie na małżonka ani nikogo innego), śpiew — czyli coś w co skierujemy nadmiar nagromadzonej energii. Dla innych korzystniejszy może być sen, relaks przy dobrej muzyce lub zrobienie sobie jakiejś drobnej przyjemności. To oczywiście nie załatwia problemu, ale pozwala ochłonąć i wrócić do równowagi. Kryzysy są oznaką życia i rozwoju związku, bliskości, jaka łączy partnerów. Niektórzy twierdzą, że po małżeńskiej burzy coś się jakby odświeżyło, odmłodniało, nabrało nowego blasku. Dobry przełom, to taki, który został przeżyty w konstruktywny sposób i stał się kolejną warstwą fundamentu małżeństwa, jego umocnieniem, elementem jego odrębności i niepowtarzalności. Historia każdego małżeństwa to powtarzające się okresy stabilizacji i niepokoju, równowagi i burz, radości i smutków. Ważne, żeby o tej zmienności pamiętać i przy kolejnym kryzysie trwać z nadzieją, że to tylko kolejny etap, po którym znowu zaświeci słońce. Małgorzata Mazur (ur. 1959 r. – zm. 02 listopada 2020 r.) – pedagog, absolwentka teologii na UKSW w Warszawie, trenerka „Szkoły dla rodziców i wychowawców”, przełożona prowincjalna Fraterni Świeckich Zakonu Kaznodziejskiego. Mieszkała w Sz...
kryzys w małżeństwie brak miłości